„O czym marzę w sekrecie, to coś bardzo prostego, małego liczebnie, przypominającego pierwsze wspólnoty pierwotnego Kościoła. Mała rodzina, małe ognisko monastyczne, maleńkie i bardzo proste”.
Prostota, za którą tęsknię
Karol de Foucauld od zawsze wzbudzał we mnie skrajne uczucia. Z jednej strony jego zdecydowanie, bezkompromisowość i bliskość wobec człowieka rodziły w przestrzeniach mojego życia potężną falę fascynacji, a z drugiej strony nieustanna bezsilność oraz patrząc po ludzku, klęska swych osobistych planów i ambitnych pragnień odrzucały mnie na kilometry od jego życiowych pomysłów. Widziałem w nim człowieka, który sam wiele spraw wybitnie upraszczał i to mnie pociagało, ale inne równie skutecznie komplikował i to rodziło we mnie jakąś formę dystansu. Z takim też nastawieniem wyruszyłem na południe Algierii – na Saharę, do umiłowanej przestrzeni geograficznej Świętego oraz do Tuaregów – ludzi pustyni, dla których poświęcił On swoje życie. Miałem nadzieję, że właśnie w tej rodzinnej przestrzeni, Karol szybko przeciągnie mnie na swoją stronę, ale wcale to się tak automatycznie nie wydarzyło, o czym zresztą chcę Wam opowiedzieć.

Zacznijmy jednak od początku. Urodzony w Strasburgu w rodzinie arystokratów, Karol szybko stracił rodziców, a jego wychowaniem zajął się dziadek. Studia otworzyły mu karierę wojskową, którą jednak zaprzepaścił poprzez życie pozbawione dyscypliny. W tym też czasie zatracił wiarę. W kolejności już jako podróżnik eksplorował Maroko sporządzając z sukcesem mapy i opisy tego mało znanego wtedy skrawka ziemi. Kontakt z innymi kulturami i religiami wzbudził w nim głód poszukiwania świata duchowego ze stwierdzeniem: „Boże jeśli istniejesz, objaw się mi”. Ostatecznie jego nawrócenie stało się powrotem do wiary i regularnej praktyki sakramentów, co zaskutkowało nieustannym poszukiwaniem Boga oraz naśladowaniem Chrystusa poprzez proste i ukryte życie. Idąc za głosem powołania zakonnego, dziesięć lat spędził jako mnich w szeregach trapistów, ostatecznie jednak wybrał drogę „pustelnika pośród ludzi” najpierw w Ziemi Świętej, a następnie na Saharze, pośród algierskich Tuaregów. Tam ewangelizował obecnością, gościnnością, pomocą i rozmową. Poprzez opracowywanie słownika tuaresko-francuskiego, liczne konsultacje i spotkanie z lokalną społecznością stawał się przyjacielem codzienności ludzi Sahary i apostołem Ewangelii w praktyce. Żył wielkimi pragnieniami, które nie zrealizowały się za jego życia. Marzył o wspólnocie zakonnej, ale nikt nie był w stanie podjąć jego surowego stylu przeżywania Ewangelii. Zginął „dziwną” śmiercią, zastrzelony „przez przypadek”. Patrząc po ludzku można by zatem powiedzieć: zmarnowane życie, bez żadnego sukcesu i potwierdzenia drogi. Podobnie i „bezmyślna” śmierć, gdyż w ziemi islamu raczej spodziewalibyśmy się jego męczeństwa torującego ekspresowo drogę na ołtarze. Co ciekawe, ziarno geniuszu Karola wykiełkowało dopiero po Jego śmierci w postaci prostoty.

Po tej syntetycznej notce biograficznej Świętego wróćmy teraz do moich osobistych wrażeń z afrykańskiej ziemi Karola. Otóż dwugodzinny lot lokalnymi liniami nad Saharą w towarzystwie współczesnych ludzi pustyni, okazał się przestrzenią życzliwości i uśmiechu, zresztą podobnie pierwsze i ostatnie dni pobytu spędzone akurat w Tamanrasset, czyli saharyjskiej stolicy Tuaregów. To tam zobaczyłem ich codzienne, już współczesne życie, wymagającą pracę, a nawet skutecznie chronione przed „obcymi” przestrzenie rodzinne. Największym zaskoczeniem było dla mnie zaproszenie i możliwość uczestnictwa w ich tradycyjnym weselu, to znaczy w tej części uroczystości zaślubin przeznaczonej wyłącznie dla samych mężczyzn.

Co się tyczy samej stolicy regionu to oczywiście odwiedziłem tam fort zbudowany wysiłkiem Karola oraz przede wszystkim jego pustelnię, która ze względu na podłużny kształt nazywana jest fregatę. To prosty, zbudowany z kamieni i gliny budynek, pokryty gałęziami i liśćmi palmy, który kiedyś znajdował się poza miastem, a dzisiaj otoczony jest współczesnymi budowlami. Struktura tegoż schronienia zachwyca prostotą i przenosi w zupełnie inną epokę. Samo wejście do środka boso i poruszanie się wewnątrz po pisaku, pozwala człowiekowi doświadczyć czegoś, co przeżył Mojżesz na pustyni – zdejmij sandały, gdyż dotykasz ziemi świętej, niezwykłej ziemi… To tutaj, w tej prostej przestrzeni życiowej, Karol przyjmował swoich gości, rozmawiał z nimi, częstował tym co miał, sprawował Eucharystię, modlił się i redagował swoje życiowe słownik francusko-tuareski. Wracając zaś do wcześniej wspomnianego fortu, to należy jeszcze wyjaśnić, iż został on wybudowany również wysiłkiem samego Świętego, stając się schronieniem dla miejscowej ludności, natomiast dla Karola, miejscem jego niepoodziewanej śmierci. Oczywiście opisując saharyjskie miasto Tamanrasset, muszę jeszcze wspomnieć o Mały Braciach Jezusa i ich niewielkim, ukrytym pośród lokalnych zabudowań klasztorze. To serdeczna wspólnota życzliwych zakonników, bez całej tradycyjnej otoczki klasztoru, struktury i stroju. Patrząc na tę Jezusową ekipę, mówiłem sobie w serce: „A jednak można tak żyć, tak prosto i tak zwyczajnie…” To tutaj, świat prostoty ewangelicznej mimo wielu przeciwności, a może właśnie dzięki nim, jak widać, jakoś staje się bliski i całkiem możliwy nawet we współczesnym świecie.

Trzydniowe czasowe klamry żywego kontaktu z Tuaregami, tak z początku jak i z końca pobytu, zawarły geograficzną przestrzeń na którą najbardziej czekałem, a mianowicie leżący w Górach Hoggar Płaskowyż Assekrem (w języku tuareskim koniec świata) i samą pustelnię Karola (leżącą powyżej 2700 metrów). To tutaj Święty spędził 5 miesięcy na samotni i w odosobnieniu. Klimat tego miejsca jest wybitnie surowy, gdyż określają go upalne lata i bardzo chłodne zimy. Wszystko jednak rekompensuje zapierający dech widok, szczególnie o wschodzie i zachodzie słońca. W takim miejscu, w wybudowanej z pomocą lokalnej ludności pustelni zamieszkał Karol. Obecnie na terenie płaskowyżu istnieje klika podobnych budowli w formie prostych pustelni, a nad całością czuwają duchowi synowie Świętego, czyli Mali Bracia Jezusa. To właśnie dzięki zaproszeniu i pomocy jednego z nich, a dokładnie brata Zbyszka, po prawie 20 latach oczekiwań dotarłem w końcu na ten koniec świata…

Na Assekremie przypadła mi pustelnia Betlejem leżąca w geograficznej przestrzeni Zwrotniku Raka. To południowy kraniec płaskowyżu z widokiem na piękną dolinę, która z racji wyjątkowo obfitych opadów deszczu, pokryła się soczystą zielenią. Podobno od 5 lat nie było tutaj tak intensywnego i rozciągniętego na wiele dni deszczu. Moim czasowym schronieniem stał się kamienny dom z prostą kaplicą, miejscem do gotowania, spania i czytania. Ale czegóż więcej do życia potrzeba na pustyni. Cisza, adoracja Jezusa w Najświętszym Sakramencie, codzienne wędrówki, proste patrzenie w niebo, podziwianie wschodów i zachód słońca wypełniły ten mój ośmiodniowy pustynny pobyt. To była jedna wielka modlitwa w postaci kontemplacji piękna. To była najprostsza modlitwa obecności... W tej przestrzeni surowej harmonii natury, oczywiście sięgnąłem do pism Karola. A ponieważ Święty dużo po sobie zastawił, stąd dla ułatwia sobie sprawy wybrałem antologię jego najlepszych tekstów. Mimo najszczerszych pragnień i wielkiej determinacji nie mogłem jednak czytać… I tak, oddając się tej przymusowej lekturze, wynotowałem zaledwie kilka kluczowych zdań Karola, po czym poprosiłem Świętego, aby mówił do mnie nie tyle przez swoje pisma, co raczej przez to pustynne miejsce, przez obecnych tu braci, przez swoją osobistą historię. I tak się rzeczywiście stało. Dlatego jeszcze raz wnikliwie przeanalizowałem chronologię życia Karola, w kolejności poranne śniadania z Braćmi wykorzystałem na rozmowy o Karolowej duchowości „prostoty”, natomiast surowe piękno Sahary, samo przemawiało będąc echem zachwytów Świętego.

Pod koniec tych niezwykłych rekolekcji na Assekremie usiadłem przed pustelnią Betlejem i podsumowałem życiowe odkrycia św. Karola w postaci duchowości prostoty, gdzie według moich spostrzeżeń filarami są:
- ubóstwo w formie prostego i świadomego życia,
- braterstwo w postaci bliskości z człowiekiem i serdecznej gościnności,
- modlitwa w postaci obecności, przed tym, który Jest,
- kontemplacja w postaci „chłonięcia” piękna stworzenia.
Życiowa duchowość prostoty, to zatem naśladowanie Jezusa, który zachwyca prostym życiem, prostym mówieniem i prostym działaniem. Pisał Święty: "Módlmy się z prostotą Jezusa, z Jego mocą, Jego umiłowaniem do Boga i człowieka… Bardzo módlmy się za wszystkich, bo wszyscy są w sercu Jezusa". Dlatego śmiem twierdzić, iż ta duchowość prostoty to przetłumaczenie moim najprostszym życiem prostego życie Jezusa w czasach, w których przyszło dzisiaj mi żyć.
Z pewnością Święty posiadał te intuicje dotyczące prostoty życia dużo wcześniej w zalążku, ale to dopiero zewnętrzne warunki Sahary i kontakt z człowiekiem pustyni wydobyły z niego te pokłady niezwykłych spostrzeżeń w postaci konkretnego życia. On obserwował ludzi tej przestrzeni ziemi, przypatrywał się jak się modlą, pochłaniał surowe piękno górzystej Sahary i w ten sposób poznawał siebie jako stworzenie, i Stwórcę, który temu stworzeniu dał życie. Dlatego czytając w takich okolicznościach Ewangelię i karmiąc się Jezusem Eucharystycznym, Karol stawał się coraz bardziej jak On – Bóg, który stał się człowiekiem: prosty i dostępny dla każdego.

Dla Karola pustelnia i pustynia nie była więc ucieczką od cywilizacji. Wręcz przeciwnie, ta trudna przestrzeń była raczej dla niego docenieniem prostoty życia, ciszy słuchania i radości z „niewielości”. To był ambitny sprawdzian codziennej, często mało efektywnej pracy, to była przestrzeń przyjmowania postawy pokory wobec wielkości i nieprzewidywalności przyrody, to była naturalna radość ze spotykanych spontanicznie ludzi. Wnikliwy obserwator jakim był Święty, zanim cokolwiek przekazywał lub zmieniał, najpierw przyjmował to, co dawali mu jego pustynni bracia – ludzie i pustynna przestrzeń życia – Sahara. W ten sposób obserwując i przyjmując, stawał się mistykiem codzienności, konteplatykiem geniuszu odwiecznego Architekta – Stwórcy i bratem każdego człowieka.
Ziarno życia Świętego potrzebowało wiele czasu, aby przebić się i pokazać piękno życia ukrytego i nic nie znaczącego. Dlatego on, Karol de Foucauld, pustelnik z Sahary, któremu nic za życia nie wyszło daje najbardziej przystępną i najbardziej nam dzisiaj potrzebną lekcję prostoty. Święty pustyni dosadnie uwidacznia każdemu człowiekowi tę postawę, za którą pośród komplikowania codzienności tęsknimy. On wydobywa z przestrzeni zapomnienia, tak mało docenianą duchowość Nazaretu, czyli sposób życia Jezusa – Mistrza Życia w obfitości pośród codzienności.

I zakończę najbardziej ulubionym przeze mnie tekstem Świętego:
„O czym marzę w sekrecie, to coś bardzo prostego, małego liczebnie, przypominającego pierwsze wspólnoty pierwotnego Kościoła. Mała rodzina, małe ognisko monastyczne, maleńkie i bardzo proste”.
o. Mariusz Wójtowicz OCD



Karol słowami brta Zbyszka
Karol de Foucauld urodził się w 1858 roku we Francji w Strasburgu w rodzinie arystokratycznej. Dość szybko stracił bliskie osoby, ojca, mamę i dziadka, który opiekował się nim. Tradycja rodu skierowała go na drogę kariery wojskowej, w której nie odnajdywał się. Jako młody człowiek szukał doświadczeń, zaczytywał się w filozofii, organizował „imprezy”, raz żandarmeria nakryła go, jak w przebraniu żebraka siedział na skrzyżowaniu ulic, prosząc o jałmużnę. Brał udział w krótkiej kampanii wojskowej w tłumieniu powstania w Algierii, gdzie okazał się sprawnym, zaangażowanym i lubianym oficerem. Wtedy podjął decyzję, by definitywnie zrezygnować z wojska. Kilka miesięcy zabrało mu przygotowanie nielegalnej podroży po Maroku, w towarzystwie wędrownego żyda i w podobnym przebraniu, niemal rok spędził, podróżując po Maroku, ryzykując życie, ale zwłaszcza spotykając ludzi ramię w ramię z innej kultury, religii muzułmańskiej, sposobu życia. Co po powrocie do Paryża, do rodziny, spowodowało w nim potrzebę chodzenia do kościoła i modlitwy. Powtarzał prośbę: „Boże jeśli istniejesz, objaw się mi” i tak się stało.

Doświadczył czegoś wielkiego, takiego, że postanowił wstąpić do zakonu trapistów, o surowej regule życia, a po ślubach czasowych poprosił o wysłanie go do najbiedniejszego klasztoru, który znajdował się w Syrii. Po 10 latach poprosił o zwolnienie ze ślubów, zamieszkał u klarysek w Nazarecie, najął się jako ogrodnik i do wszelkich prac. A w nocy korzystał, by dyskretnie spędzać godziny w kaplicy klasztornej. To z tego okresu życia Karola mamy najwięcej pism duchowych, o jego modlitwach, o relacji z Jezusem. Siostry odkryły wartość Karola, wiele starań uczyniłyby posłać Karola na studia teologiczne, by został księdzem. I tak się stało. Wtedy Karol musiał zdecydować, co dalej w życiu będzie robił, pragnął wrócić do Maroka, jednak nadal ten kraj był zamknięty dla nie muzułmanów. Wtedy udał się do Algierii, ale osiedlił się blisko granicy z Marokiem, by w przyszłości przekroczyć granicę. Po kilku latach stało się inaczej, obrał drogę na południe do kraju Tuaregów, plemion żyjących na sposób koczowniczy. Przez lata Tuaregowie nie poddawali się kolonizacji, w czasach Karola przegrali kilka potyczek wojskowych. I wtedy król Tuaregów zdecydował się nawiązać kontakty z wojskiem francuskim co spowodowało możliwość osiedlenia się Karola w krainie Hoggaru, rozpostartej między ergami Sahary a pasem Sahelu.

W 1905 roku zaczyna się najbardziej znany i spektakularny okres życia Karola, eremity, ewangelizatora życiem, etnografa, badacza kultury Tuareskiej, a zwłaszcza twórcy monumentalnego słownika Tuaresko-Francuskiego do tej pory niezastąpionego. Choć o innych dziełach, o którym mniej się mówi, to przez te lata, do śmierci zbudował niezwykłą siec relacji ludzkich, był bardzo znany, dostępny i lubiany przez rodziny mieszkające w Tamanrasset i okolicy. Brał udział w odzyskaniu 200 wielbłądów zrabowanych przez ludzi z Dżanet, tłumaczył traktat pokojowy podczas wielkiego zjazdu rodów tuareskich i dowódców armii francuskiej, zapisał 6000 wersetów poezji, pieśni tuareskich. I tak jak nawrócił się w paryskim kościele, tak w lepiance w Tamanrasset przeżył kolejne nawrócenie związane z interwencją ludzi, Tuaredzy odkarmili go umierającego z głodu. W tym co zrobili ludzie, widział działanie samego Boga.

Dużo można by pisać o Karolu de Foucauld, wspomnę dwa fakty związane ze światem Karmelitańskim. Z literatury duchowej najwięcej zaczytywał się dziełami Teresy Wielkiej. A gdy bracia tworzyli wspólnotę Małych Braci Jezusa, jeden z nich Milad pojechał specjalnie do mistrzów karmelitańskich, by zgłębiać ich szkołę kontemplacji. Podczas nowicjatu bracia byli tak formowani, praktykowali, odchodząc do grot, w górach na kilkudniowe pobyty, wielu z nich mogło przeżyć piękne chwile, tak bardzo, że do tej pory byli najsolidniejszymi braćmi we wspólnocie. Podczas mojej edukacji, pamiętam jak brat przełożony, podsunął mi książeczkę brata Wawrzyńca karmelity, zapamiętałem jego piękny wiersz i praktykę obecności. Karol podziwiał rodzinę Jezusa z Nazaretu, uważał ją za wzór dla wszystkich chrześcijan, uważał, że wiele paraboli Jezusa brały źródło z życia Jego w Nazarecie, gdzie wszystkie obserwacje prowadził pod kątem królestwa Jego Ojca. Na koniec powiem coś nietypowego, że powołanie Małych Braci Jezusa polega też na podglądaniu ludzi zwykłych prostych, jacy są wobec Boga i bliźnich i modlenie się tymi znakami w naszych kaplicach. Tak, jak Jezus podejrzał wdowę wrzucającą dwa pieniążki do skarbony.


Mój Ojcze,
powierzam się Tobie.
Uczyń ze mną, co zechcesz.
Cokolwiek uczynisz ze mną,
dziękuję Ci.
Jestem gotów na wszystko,
przyjmuję wszystko,
aby Twoja wola spełniała się we mnie
i we wszystkich Twoich stworzeniach.
Nie pragnę nic więcej, mój Boże.
W Twoje ręce powierzam ducha mego
z całą miłością mego serca.
Kocham Cię i miłość przynagla mnie,
by oddać się całkowicie w Twoje ręce,
z nieskończoną ufnością,
bo Ty jesteś moim Ojcem.Modlitwa św. Karola de Foucauld

innymi słowy























