Wyjazd dziecięcego zespołu regionalnego Małolipnicanie z Lipnicy Małej do Katowic miał być po prostu kolejnym punktem w kalendarzu, dobrze zaplanowanym, mądrze przemyślanym. Projekt. Edukacja. Spotkanie z muzyką klasyczną. Wielka Orkiestra Polskiego Radia, Filharmonia Katowicka NOSPR wydarzenie, które miało poszerzyć horyzonty dzieci wychowanych na dźwiękach skrzypiec, basów i śpiewu wyniesionego z domów i wiejskich scen.
Nie spodziewaliśmy się, że to nie filharmonia okaże się miejscem, które najbardziej nas poruszy.
Już samo wejście do jej wnętrza było dla nas przeżyciem. Ogromny gmach, światło, elegancja. Ludzie, którzy wiedzieli, po co przyszli. Panie w sukniach, panowie w garniturach. Zapach perfum intensywny, niemal duszący, jakby podkreślający, że to świat tych, których na to stać. Patrzyłam na nasze dzieci ubrane skromnie, z wiejską prostotą, z naturalną ciekawością w oczach i w mojej głowie pojawiło się pytanie, którego wstydziłam się na głos wypowiedzieć: czy my tu pasujemy?
A przecież muzyka nie pyta, skąd jesteś.
Koncert był piękny. Skrzypce inne niż nasze, ale jednak bliskie. Kontrabasy, niemal jak nasze basy. Muzycy grali z zaangażowaniem, które rozpoznawałam tym samym, które widzę u naszych dzieci, gdy wychodzą na scenę i dają z siebie wszystko. Patrzyłam na salę pełną ludzi i myślałam, jak bardzo ten świat jest poukładany, estetyczny, syty.
I wtedy przyszedł czas na niedzielę. Na coś, co dla nas jest oczywiste Mszę Świętą.






Szukaliśmy kościoła z prostotą i spokojem. Mapy Google wskazały najbliższy niecały kilometr. Poszliśmy pieszo. Po drodze przeszliśmy przez wielki most. Monumentalny, szeroki, niemal przytłaczający. Dziś wiem, że był czymś więcej niż tylko drogą. Był granicą.
Kościół, do którego dotarliśmy, był zamknięty. Staliśmy przed nim z lekkim niepokojem. U nas, w Lipnicy Małej, kościół jest zawsze otwarty. Można wejść, uklęknąć, pomilczeć. Dzieci też były zdziwione. Niedziela. Dwadzieścia minut do Mszy. Drzwi zamknięte.
A potem zaczęli schodzić się ludzie.
Najpierw pojedynczy. Potem coraz więcej. Z torbami, plecakami, wózkami. Z całym swoim życiem w reklamówkach. Z twarzami, które opowiadały historie, jakich nie znam. Z zapachem, który brutalnie wyrwał nas z filharmonicznej elegancji. Patrzyłam na dzieci i czułam, jak napina się we mnie coś trudnego do nazwania lęk, bezradność, wstyd.
Gdy drzwi kościoła się otworzyły, wszyscy weszli jednocześnie. My też. Ustawiliśmy dzieci blisko siebie, instynktownie, jakby ta bliskość mogła dać im poczucie bezpieczeństwa. A ja stałam pośród nich z sercem ściśniętym tak mocno, że dopiero wtedy zrozumiałam, jak bardzo sama boję się tego, czego nie umiem nazwać i jak bardzo chciałabym ocalić w nich spokój, który we mnie właśnie się kruszył.
Msza zaczęła się inaczej, niż się spodziewałam. Czytania, psalm, modlitwa wiernych prowadzone przez osoby bezdomne. I wtedy coś we mnie pękło. Bo oni nie „odczytywali” tekstu. Oni go mówili. Z przejęciem. Z uwagą. Z jakąś godnością, której się nie spodziewałam, a może której nie chciałam się spodziewać.
W kościele unosił się zapach biedy, choroby, ulicy. Jedni na wózkach, inni z nogami owiniętymi reklamówkami. A obok cisza. Skupienie. Modlitwa. Spojrzałam na dzieci. Już nie kręciły się. Nie szeptały. Patrzyły. Chłonęły. Myślały. I wtedy zrozumiałam, że uczestniczą w lekcji, której żadna filharmonia nie mogła im dać.
Przed Mszą podeszła do nas siostra ze zgromadzenia Miłosierdzia Bożego. Zapytała cicho:
— Co wy tu robicie?
Gdy odpowiedzieliśmy, że trafiliśmy tu przypadkiem, szukając kościoła, spojrzała na nas z takim zdziwieniem, jakbyśmy przyszli z innego świata. Bo przyszliśmy.
Powiedziała, że to Msza dla bezdomnych. Że po niej będzie posiłek dla tych ludzi. Pomyślałam wtedy, żeby odpowiedzieć z uśmiechem bardziej obroną niż żartem, że
my jesteśmy tylko na modlitwie.
Po wyjściu z kościoła w autokarze zapadła cisza, jakiej wcześniej nie znałam. To nie była zwykła cisza. To była cisza ludzi, którym coś zostało zabrane i coś dane jednocześnie.
I wtedy wydarzyło się coś, co do dziś trudno mi nazwać przypadkiem. Do autokaru weszła jedna z sióstr. Powiedziała, że pochodzi z Orawy. Z Orawy Słowackiej, tak blisko naszej. Opowiadała dzieciom o swojej pracy, o ludziach, którym służą. A potem się wzruszyła. Powiedziała, że dzień wcześniej obchodziła ważną rocznicę ślubów zakonnych. I modliła się tylko o jedno, żeby choć jedna osoba z jej rodzinnych stron była tego dnia z nią na Mszy.
A Pan Bóg przyprowadził pięćdziesiąt.
Patrzyłam na dzieci i wiedziałam, że zapamiętają ten dzień na długo. Że most, który przeszliśmy, nie był tylko mostem nad rzeką. Był przejściem między światami. I lekcją, że to, co nazywamy przypadkiem, bardzo często jest Bożym planem, który chce nas czegoś nauczyć jeśli tylko odważymy się zobaczyć.
Tego dnia zobaczyliśmy.
I wróciliśmy inni.
Anna Olesińska






