Bądź dzielna i ufaj - Dumanie.pl - blog osobisty | o. Mariusz Wójtowicz OCD

Bądź dzielna i ufaj

Wżyciu są spotkania, które dojrzewają powoli – jakby łaska potrzebowała czasu, by wniknąć głębiej i w ciszy codzienności wydać owoce. Takim spotkaniem było dla mnie to ze św. Teresą od Dzieciątka Jezus. Kiedy dziś patrzę wstecz, widzę wyraźnie, że jej obecność towarzyszyła mi od dawna, choć przez wiele lat nie do końca rozumiałam, jak bardzo jest mi bliska.

Minęło ponad dwadzieścia lat od mojego pierwszego spotkania z relikwiami Teresy. Gdy po raz drugi uczestniczyłam w ich peregrynacji, a obok niej obecne były także relikwie rodziców – Zelii i Ludwika Martin – zrozumiałam, że są tacy święci, którzy stają się nam bliżsi niż inni. Jakby od początku byli wpisani w naszą historię, choć odkrywamy to dopiero po latach.

Moja historia z Teresą rozpoczęła się, gdy byłam nastolatką. Kapłan – dziś mój wspaniały przyjaciel, który już wtedy z troską dostrzegał moją duchową wrażliwość – podsunął mi jej biografię. Sam w tamtym czasie zgłębiał duchowość Karmelu, zwłaszcza nauczanie św. Jana od Krzyża, a przez jego kazania przenikały bogactwo i autentyczna głębia tych treści. Potrafił mówić o świętych tak, jakby opowiadał o bliskich znajomych, a nie o postaciach sprzed stuleci. Już wtedy w jego słowach dało się usłyszeć, że Tereska jest mu bliska jak siostra. Opowiadał o niej z niesamowitą czułością i delikatnością, co od razu przyciągało uwagę i poruszało serce.

Zanim jednak Teresa stała się dla mnie Małą Teresą, była po prostu Teresą Martin – córką Zelii i Ludwika, dziewczyną z rodziny, która mogłaby mieszkać po sąsiedzku. Czytając o niej, odkrywałam kogoś zwyczajnego: wrażliwe dziecko, nastolatkę szukającą swojej drogi, młodą kobietę z ludzkimi lękami i pragnieniami. Może właśnie ta zwyczajność przyciągnęła mnie wtedy najmocniej. Nie widziałam w niej nic nadzwyczajnego, niczego „świętego” w rozumieniu, jakie miałam jako dziewczyna. Była prosta, cicha, wręcz „nieświęta” w moich nastoletnich oczach. A jednak coś z niej we mnie pozostało. To właśnie w tej prostocie kryła się siła, której nie potrafiłam jeszcze nazwać – siła, która z czasem poprowadziła mnie ku czemuś głębszemu.

Zrozumiałam później, że Teresa nie musiała pisać trudnych, teologicznych poematów, by dotykać ludzkich serc. Jej mała droga była zanurzona w codzienności. Dlatego stawała się bliska nawet komuś, kto na widok mistycznej poezji miał ochotę natychmiast uciekać.

Dziś, po ponad dwóch dekadach, stoję ponownie przed jej relikwiami i czuję, jakby pewna historia we mnie się domknęła. Patrzę na tę chwilę jak w lustro własnego wzrostu. Jej zwyczajność nie jawi mi się już jako brak głębi, lecz jako skarb. Rozumiem dziś, że świętość rodzi się nie z wielkich czynów, ale w ciszy, w małych gestach i w wiernym trwaniu.

Może dlatego to drugie spotkanie porusza mnie bardziej niż pierwsze. Bo nie tylko Teresa powróciła na moją drogę – także ja wróciłam do niej, dojrzalsza, spokojniejsza, bardziej świadoma. Coraz wyraźniej widzę, że istnieją święci, którzy stają się przyjaciółmi na całe życie. Ich obecność dojrzewa razem z nami.

Na tej drodze nie idę sama. Mam obok ukochanego męża, dzieci i przyjaciół. Nadal także obecny jest wspomniany kapłan – mądry przyjaciel, świadek wielu moich duchowych i życiowych zakrętów. Do dziś przy każdej okazji podkreśla: „Bądź dzielna i ufaj”. Czasem mam wrażenie, że powtarza mi dokładnie to, czego uczyła Teresa. Nie zawsze łatwo przyjąć te słowa. Niekiedy budzą bunt, zwłaszcza wtedy, gdy codzienność przygniata, a zaufanie wydaje się luksusem, na który trudno sobie pozwolić. Przyjmuję te słowa nie jako polecenie, ale jako obecność. To jest dla mnie przypomnienie, że ktoś wierzy, iż mogę unieść więcej, niż sama myślę. Droga nie musi być spektakularna, by była prawdziwa. I może właśnie dlatego Tereska jest mi tak bliska – bo jej zwyczajność pozwala zobaczyć, że świętość składa się nie z cudów, lecz z wytrwałości. A słowa „Bądź dzielna i ufaj” brzmią jak echo jej małej drogi.

Spotkanie z Tereską odbyło się w towarzystwie jej rodziców – Zelii i Ludwika. Na relikwiarze rodziny Martin można by patrzeć godzinami – proste w swojej formie, a jednak pełne detali, które przyciągają uwagę i zatrzymują wzrok. Nie były jedynie obiektem kontemplacji, lecz także przestrzenią, w której spotykały się dwie codzienności – ta sprzed ponad wieku i ta współczesna. Położenie na nim naszych obrączek i ślubnego welonu sprawiło, że przeszłość subtelnie dotknęła teraźniejszości.

Właśnie dlatego ta chwila tak głęboko wpisała się w nasze serca – była autentyczna, nienachalna, jak cichy dialog z przyjaciółmi. Są bowiem tacy święci, którzy od początku wpisani są w nasze życie. Wracają wtedy, gdy jesteśmy gotowi zrozumieć więcej. I uczą, że świętość zaczyna się tam, gdzie otwieramy serce.

Justyna Witkowska