Księga fundacji - Strona 20 z 34 - Dumanie.pl - blog osobisty | o. Mariusz Wójtowicz OCD

Księga fundacji

parallax background
fot. rtve.es

 

Rozdział XVIII



Opowiada o fundacji klasztoru Świętego Józefa w Salamance w roku 1570. – Podaje kilka ważnych uwag dla przeorysz.

1. Dokonawszy tych dwu fundacji, wróciłam do Toledo, gdzie pozostawałam kilka miesięcy dla załatwienia kupna domu, o którym mówiłam, i doprowadzenia go do zupełnego porządku. Jeszcze byłam zajęta tymi sprawami, gdy otrzymałam list z Salamanki o. rektora Towarzystwa Jezusowego, w którym zachęcał mię do założenia klasztoru naszego w tymże mieście, dowodząc mi różnymi racjami, ile by z tej fundacji mogło wyniknąć dobrego. Dawniej już o tym mi mówił, ale wzgląd na wielkie ubóstwo tej miejscowości powstrzymywał mię od myśli otworzenia tam domu utrzymującego się tylko z jałmużny, jakimi są wszystkie nasze domy. Zważywszy jednak, że i Awila jest miastem ubogim, a przecież nam na niczym tam nie zbywa, a ład panujący w naszych klasztorach, ograniczona liczba sióstr i dochód, dający się osiągnąć z pracy ręcznej, znacznie nam ułatwiają utrzymanie się w trudnych nawet warunkach; i wreszcie, że Bóg nie opuszcza nigdy tych, którzy Mu służą – uznałam, że na ofiarowaną mi fundację mogę i powinnam się zgodzić. Ukończywszy więc w Toledo prace i przyjechawszy do Awili napisałam stamtąd do miejscowego Biskupa z prośbą o upoważnienie, a ten, wskutek danych mu przez o. rektora objaśnień o naszym Zakonie i o spodziewanej z tej fundacji chwale Bożej, tak był łaskaw, że wydał mi bezzwłocznie odnośny dokument.

2. Otrzymawszy to upoważnienie, uważałam klasztor jakby już za gotowy, tak mi się to zdawało rzeczą łatwą. Postarałam się zaraz o najęcie domu, za pośrednictwem jednej pani znajomej. Nie obyło się jednak bez trudności, bo nie była to pora najmowania mieszkań, a w domu dla nas upatrzonym stali jacyś studenci; ale w końcu stanęło na tym, że oni ustąpią, skoro się zgłoszą osoby, które dom ten zająć mają. Jakie to będą osoby, tego nie wiedzieli: bo aż do chwili objęcia domu chciałam, aby rzecz pozostawała w najściślejszym sekrecie, wiedząc już z doświadczenia, jakie przeszkody diabeł zwykł nam wzniecać, ile razy spostrzeże, że zabieramy się do fundacji nowego klasztoru. I w tej fundacji także, choć Bóg nie dopuścił mu przeszkodzić jej z początku, bo chciał, by powstała, później jednak wielkie na nią podniosły się trudności i przeciwieństwa, dotąd jeszcze nie całkiem usunięte, choć w chwili gdy to piszę, już kilka lat od założenia jej upłynęło. Snadź wielka z niej ma być chwała Bogu, kiedy diabeł tak jej nie cierpi.

3. Mając tedy upoważnienie i dom zapewniony, ufna w miłosierdzie Boże, bo nikogo zgoła tam nie znałam, kto by nam w czymkolwiek mógł być pomocny, a na urządzenie domu znacznego potrzeba było nakładu – udałam się w drogę, jedną tylko towarzyszkę ze sobą zabierając, by nie zwracać uwagi po drodze. Nauczona doświadczeniem przykrości i utrapień przebytych w Medina del Campo, z powodu zbytniej liczby sióstr, jakie tam miałam ze sobą, przekonałam się, że lepiej naprzód pojechać samej, a siostry sprowadzać dopiero na objęcie gotowego już domu. Tym sposobem, w razie jakich trudności, ja sama tylko ponoszę kłopoty i przykrości i ta jedna ze mną, bez której mi puszczać się w drogę niepodobna. Stanęłyśmy na miejscu w wigilię Wszystkich Świętych, spędziwszy znaczną część poprzedniej nocy w drodze, przy silnym mrozie, ale zatrzymałyśmy się jednak na krótki nocleg, bo byłam mocno cierpiąca.

4. W opisie tych fundacji nie wspominam o tym, cośmy w tych długich i uciążliwych drogach wycierpiały od mrozów, od upałów, od śniegów, które nieraz całymi dniami nas zasypywały; ile razy, zmyliwszy drogę, przychodziło nam błąkać się; ile przy tym dolegały mi ciężkie moje niemoce i febry, bo z łaski Boga prawie ciągle jestem schorowana. W tym wszystkim jasno widziałam, że Pan sam dodawał mi siły. Nieraz, w chwili gdy chodziło o nową jaką fundację, niewypowiedzianego doznawałam znękania i ucisku, czując się tak słaba i zbolała, że w celi nawet nie mogłam inaczej wytrzymać, jak leżąco. W tym udręczeniu moim zwracałam się do Pana, żaląc się Mu, dlaczego każe mi czynić, czego zrobić nie zdołam. Pan przecież w boskiej łaskawości swojej zawsze mi tyle dał siły, że choć z trudnością, mogłam się zabrać do rzeczy i taki mi wlewał zapał do serca i takie zajęcie się sprawą mi zleconą, iż zupełnie już jakoby zapominałam o sobie.

5. Nigdy, o ile pamiętam, nie uchyliłam się od podjęcia fundacji z obawy cierpienia, jakkolwiek podróże wszelkie, zwłaszcza dalekie, zawsze mi były bardzo uciążliwe. Ale raz puściwszy się w drogę, za nic sobie miałam trud wszelki, pomnąc w czyjej służbie go ponoszę i radując się tą myślą, że w tym nowym domu Pan będzie odbierał cześć i chwałę i sam w nim będzie mieszkał w Najświętszym Sakramencie. Każdy kościół nowo powstający szczególną jest dla mnie pociechą, gdy wspomnę, ile ich dzisiaj luteranie burzą i niszczą. Nie ma, sądzę, tak wielkich trudów i cierpień, których by nam godziło się ulęknąć, jeśli w zamian za nie możemy takim wielkim dobrem społeczność chrześcijańską obdarzyć. Bo jakkolwiek wiele jest dusz, które nie pomną, że Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, całą istnością swoją mieszka na wielu miejscach naraz w Najświętszym Sakramencie, wszakże ta Jego z nami obecność powinna by być dla nas wszystkich największą pociechą. Co do mnie, to często doświadczam tej pociechy, gdy widzę w chórze te dusze tak czyste, pogrążone w uwielbieniu Boga. Bo że czystym sercem te dusze Pana chwalą, to łatwo poznać po wielu znakach, po doskonałym ich posłuszeństwie, po tym weselu ducha, jakim je napełnia takie ścisłe zamknięcie i samotność, i po radosnej ich gotowości do skorzystania z każdej, jaka im się nadarzy sposobności do umartwienia. Im większą Pan przeoryszy daje łaskę ćwiczenia ich w tym wyniszczeniu samych siebie, tym większe stąd ich zadowolenie i uszczęśliwienie i prawdziwie rzec można, że prędzej przeorysza ustanie w takim wystawianiu ich na próbę, niż one w posłuszeństwie: bo co do tego, pragnienia ich nie znają granic.

6. Jakkolwiek nie ma to ścisłego związku z historią fundacji, którą zaczęłam opisywać, wszakże, kiedy już wspomniałam o umartwieniu, umieszczę tu, córki moje, kilka uwag, tyczących się tego przedmiotu, które w tej chwili przychodzą mi na myśl, a które może nie będą bez pożytku dla przeorysz, Różnych różnym Pan użycza zdolności i cnót; zatem też każda, będąc na przełożeństwie, chce prowadzić siostry jej podwładne tą samą drogą, którą sama chodzi. Przełożonej zamiłowanej i mocno utwierdzonej w umartwieniu wewnętrznym wszystko, cokolwiek rozkaże podwładnej, w celu ujarzmienia w niej woli własnej, wyda się rzeczą łatwą, tak jak byłoby dla niej, choć jednak, gdyby sama miała spełnić taki rozkaz, kto wie, czy w danym razie nie przyszłoby jej to z trudnością. – Trzymajmy się stale tej zasady, że co dla nas byłoby ciężkie i trudne, tego nie powinnyśmy nakazywać drugim. Rozsądek jest warunkiem bardzo ważnym do dobrego sprawowania rządów. W tych domach naszych jest to warunek konieczny, i nierównie bardziej konieczny niż w innych klasztorach, bo większy u nas ciąży na nich obowiązek czuwania nad siostrami pod ich kierunek oddanymi, nie tylko nad zewnętrznym ich zachowaniem się, ale i nad usposobieniem ich wewnętrznym. Inna znowu przeorysza, mająca w sobie większą gorącość ducha, chciałaby, by siostry i poza porami przepisanymi ciągle były na modlitwie. Słowem, jak mówiłam, różnymi Pan dusze prowadzi drogami. Przełożona jednak powinna pamiętać, że nie na to postanowiona jest, aby sama dla podwładnych wybierała drogę, jaka jej się podoba, jeno na to, aby je prowadziła drogą wskazaną przez Regułę i Konstytucje, chociażby wolała inną i musiała zadawać gwałt własnej skłonności swojej.

7. W jednym z tych domów naszych widziałam przeoryszę, mającą szczególny pociąg do praktyk pokutnych, w tym też kierunku prowadziła siostry. Zdarzało się, że całe zgromadzenie brało bez przerwy dyscyplinę przez całą długość siedmiu psalmów pokutnych z modlitwami, bywały tam inne jeszcze tego rodzaju ćwiczenia. W innych znowu domach zdarza się, że przeorysza, zatopiwszy się w modlitwie, choć już po odmówieniu Jutrzni, więc nie w porze przepisanej na modlitwę, zatrzymuje wszystkie siostry i każe im podobnież się modlić, kiedy daleko lepiej byłoby, żeby poszły spać. Jeśli która – jak mówiłam – kocha się w umartwieniu, więc wszystkie dręczy ciągłymi umartwieniami. Te zaś biedne owieczki Panny Najśw. bez słowa odpowiedzi spełniają wszystko, co ona im każe, i wszystko znoszą w milczeniu jak jagniątka niewinne, na co patrząc, wielkie mam zbudowanie i zawstydzenie, ale czasem i silną pokusę. Bo siostry, całe zajęte Bogiem, jej nierozsądku nie widzą, ale ja lękam się o ich zdrowie i wolałabym, żeby poprzestawano na zachowaniu Reguły, co samo już dostateczną jest pracą, a co nad to, niech się dzieje roztropnie, szczególnie w tym wszystkim, co się odnosi do umartwienia. Niechże przełożone, na miłość Boga, baczne na to oko mają. Niech pamiętają, że w zarządzie tych domów niezmiernie ważną rzeczą jest rozsądek i dobre ocenienie zdolności i usposobienia każdej. Bez pilnego na te dwa warunki baczenia, zamiast pożytku, szkodę wyrządzą podwładnym i niepokoju i trwogi je nabawią.

8. Niech pamiętają, że te dodatkowe umartwienia nie są obowiązkiem i to jest pierwsza i naczelna zasada, której się trzymać powinny. Zapewne, że umartwienie jest potrzebne, aby dusza mogła wybić się na wolność i wznieść się do wysokiej doskonałości. Ale nie jest to rzecz, która by się dała zrobić w krótkim czasie; do tego celu zdąża się stopniowo i powoli. To właśnie jest rzeczą przełożonej, by każdej w tym dopomagała wedle stopnia zdolności i gorącości ducha, jakich Bóg której użycza. Może która pomyśli sobie, że na rozum i zdolności przyrodzone, o których dopiero co wspomniałam, nie ma tu co zważać. Myli się. Znajdzie się niejedna, która nim dojdzie do zrozumienia, na czym zasadza się doskonałość, i do przejęcia się duchem naszej Reguły, dobrze się namęczy. Taka może potem właśnie najwyżej postąpić w świętości, ale nim to nastąpi, długi czas nie potrafi zrozumieć, kiedy należy tłumaczyć się, a kiedy nie, i innych tym podobnych drobnych praktyk, które, gdyby rozumiała, może by je spełniała z łatwością, ale nim je zrozumie, nie dostrzega znaczenia ich i wartości, albo co gorsze, żadnej w pełnieniu ich nie widzi doskonałości.

9. W jednym z domów naszych jest pewna zakonnica, najświątobliwsza, o ile o tym sądzić mogę, z wszystkich, jakie mamy w naszych domach, dusza miłością Boga płonąca, nadzwyczajnymi od Boga łaskami obdarzona, w umartwieniu i w pokorze niezrównana. Otóż są pewne punkty naszych Konstytucji, które jej żadną miarą nie mogą pomieścić się w głowie. Tak na przykład oskarżanie z win na kapitule wydaje jej się brakiem miłości bliźniego: jakże, mówi, mogę skarżyć na siostrę? Mogłabym więcej przytoczyć podobnych przykładów. Niejedna jest między nami bardzo gorliwa służebnica Boża, cierpiąca na podobną trudność zrozumienia pewnych rzeczy, a przecie pod względem postępu w cnotach przewyższająca inne, choć te wszystko rozumieją. Niechaj także nie wyobraża sobie przeorysza, by zdołała od razu poznać dusze. Niech zostawi to Bogu, który sam zna skrytości serc, a niechaj stara się każdą prowadzić tą drogą, którą Pan jej przeznaczył, byleby nie wykraczała w niczym przeciw posłuszeństwu i zasadniczym przepisom Reguły i Konstytucji. Owa dziewica spomiędzy jedenastu tysięcy panien, która w pierwszej chwili skryła się i odłączyła od towarzyszek swoich, niemniej jednak została świętą i męczenniczką; owszem, może więcej ucierpiała niż tamte, gdy potem sama jedna wydała siebie na męczeństwo.

10. Wracając jeszcze do zadawania umartwień, weźmy taki przykład: przeorysza dla umartwienia siostry daje jej rozkaz, może sam w sobie łatwy, ale dla niej trudny. Ona go spełni, ale taki przy tym cierpi niepokój i takie pokusy, że lepiej było nie dawać jej tego rozkazu. Będzie to przestroga dla przeoryszy, że nie powinna tej siostry pchać do doskonałości przemocą, że raczej ma powoli postępować, dając Panu czas, aby sam stopniowo zdziałał w tej duszy to, czego potrzeba. Przeciwnie, zmuszając ją gwałtem i jakoby za włosy ciągnąc ją do tej doskonałości, bez której ostatecznie siostra ta może być jeszcze bardzo dobrą zakonnicą, łatwo może w tej duszy wzniecić trwogę i wtrącić ją w zniechęcenie i upadek na duchu, co jest rzeczą straszną. Patrząc na inne, nauczy się powoli czynić jak i one, czego niejeden przykład widzieliśmy; a chociażby stało się inaczej, brak tej jednej cnoty nie będzie jej jeszcze przeszkodą do zbawienia. Znam jedną siostrę, która całe życie wielką się odznaczała świątobliwością i od wielu lat już na wszelki sposób gorliwie służy Panu, a przecie podlega zawsze pewnym niedoskonałościom i pewnych doznaje uczuć, których w sobie stłumić nie może; widzi to dobrze i trapi się tym i przede mną żal i smutek swój wynurza. Na to snadź Bóg dopuszcza jej ulegać tym ułomnościom, w których nie ma ani śladu grzechu, aby miała powód do upokorzenia się i przekonała się, że nie jest jeszcze całkiem doskonała.

Tak więc jedne potrafią znosić wielkie umartwienie i im trudniejsze rzeczy im kazać, z tym większą pociechą je spełnią, bo Pan dał im siłę wewnętrzną do ujarzmienia woli swojej; drugie nie zniosą i małych i zmuszać je do nich byłoby to samo, co wkładać na barki dziecka dwa ciężkie wory zboża; nie tylko by ich nie uniosło, ale ciężar taki nad siły zgniótłby je raczej i obalił na ziemię. Wybaczcie mi, córki moje (do przełożonych to mówię), ale według tego, co u niektórych z was spostrzegłam, tak szeroko się nad tymi uwagami rozwodzę.

11. Jedną jeszcze dodam przestrogę i to bardzo ważną: nigdy, chociażby pod pozorem doświadczenia posłuszeństwa, nie dawajcie rozkazów, których spełnienie byłoby grzechem, chociażby powszednim. Wiem bowiem o takich przykładach i parę ich przytoczyłam wyżej, że gdyby siostra była uczyniła to, co jej kazano, byłaby popełniła grzech śmiertelny. Ją może uniewinniłaby jej dobra wiara i prostota serca, ale żadną miarą nie uniewinniłaby przeoryszy, tym bardziej, że zna bezwarunkową uległość tych dusz niewinnych, którymi rządzi i wie, że cokolwiek im każe, to one natychmiast spełnią. Czytając lub słysząc o bohaterskich czynach zaparcia się ojców świętych na puszczy, przekonane są, że każdy rozkaz im dany dobry jest i słuszny, albo przynajmniej, że same, spełniając go, czynią rzecz najlepszą. Ale i one powinny wiedzieć o tym, że co bez rozkazu byłoby grzechem, tego i mając rozkaz uczynić nie mogą. Mogą wprawdzie i powinny usłuchać, gdy im każą opuścić Mszę świętą, albo zaniechać postu i tym podobne rzeczy; bo choć to są przykazania, same z siebie obowiązujące, przełożona wszakże, dla słusznych przyczyn, ma prawo w danym razie od nich zwolnić. Ale takie rozkazy jak on rzucenia się do studni i tym podobne niezawodnie grzechem byłoby spełnić, bo nie godzi się żadnej liczyć na to, że Bóg dla niej cud uczyni, jak to niekiedy czynił dla świętych. Wiele zaiste jest rzeczy, w których doskonałe posłuszeństwo otwarte dla siebie ma pole.

12. Wszystkie te rzeczy pochwalam, byleby nie miały w sobie tego niebezpieczeństwa. Kiedyś w Malagónie jedna siostra prosiła przeoryszę o pozwolenie wzięcia dyscypliny. Zapewne nie pierwszy raz przychodziła z tą prośbą, bo przeorysza odpowiedziała jej krótko: “Daj mi spokój”, a gdy ta dalej się naprzykrzała, powtórzyła jej znowu: “Daj mi spokój, idź się przejść”. Jakoż siostra z największą prostotą poszła na spacer i kilka godzin chodziła. Któraś zapytała ją, czemu tak ciągle chodzi; odpowiedziała, że tak jej kazano. Aż wreszcie zadzwoniono na jutrznię. Przeorysza zdziwiona, że siostry nie widać w chórze, zapytuje, gdzie się obraca; odpowiedziano jej, że spaceruje.

13. Powinny więc przeorysze, jak już mówiłam, z wielką postępować oględnością, mając do czynienia z duszami tak rozmiłowanymi w posłuszeństwie. Innym razem któraś znalazła w ogrodzie dużego robaka i przyniosła go pytając, czy ładny. Przeorysza odpowiedziała, żartując: “Bardzo ładny, zjedz go”. Poszła do kuchni z robakiem swoim i najdokładniej go smażyła. “Co tam smażysz i na co?” – zapytała ją kucharka. “Robaka smażę – odpowiedziała – i zjem go”; i gdyby jej nie wstrzymano, byłaby tak zrobiła z ciężką może szkodą dla zdrowia i z nie mniejszym strapieniem dla przeoryszy, która ani pomyślała, by żart jej tak został wzięty na serio. Niewypowiedziana to radość dla mnie, że widzę córki moje aż tak do zbytku rozmiłowane w posłuszeństwie, bo sama szczególną mam cześć dla tej cnoty i z wszystkich sił moich starałam się o to, aby one jej nabyły. Ale na nic byłaby wszelka usilność moja, gdyby Pan sam w nieskończonym miłosierdziu swoim nie był nam uczynił tej łaski, że wszystkie na ogół mają pociąg do tej cnoty i ochotnie się do niej skłaniają. Oby w boskiej dobroci swojej dawał nam czynić w niej coraz wyższe postępy, amen.

 

Rozdział XVIII



Opowiada o fundacji klasztoru Świętego Józefa w Salamance w roku 1570. – Podaje kilka ważnych uwag dla przeorysz.

1. Dokonawszy tych dwu fundacji, wróciłam do Toledo, gdzie pozostawałam kilka miesięcy dla załatwienia kupna domu, o którym mówiłam, i doprowadzenia go do zupełnego porządku. Jeszcze byłam zajęta tymi sprawami, gdy otrzymałam list z Salamanki o. rektora Towarzystwa Jezusowego, w którym zachęcał mię do założenia klasztoru naszego w tymże mieście, dowodząc mi różnymi racjami, ile by z tej fundacji mogło wyniknąć dobrego. Dawniej już o tym mi mówił, ale wzgląd na wielkie ubóstwo tej miejscowości powstrzymywał mię od myśli otworzenia tam domu utrzymującego się tylko z jałmużny, jakimi są wszystkie nasze domy. Zważywszy jednak, że i Awila jest miastem ubogim, a przecież nam na niczym tam nie zbywa, a ład panujący w naszych klasztorach, ograniczona liczba sióstr i dochód, dający się osiągnąć z pracy ręcznej, znacznie nam ułatwiają utrzymanie się w trudnych nawet warunkach; i wreszcie, że Bóg nie opuszcza nigdy tych, którzy Mu służą – uznałam, że na ofiarowaną mi fundację mogę i powinnam się zgodzić. Ukończywszy więc w Toledo prace i przyjechawszy do Awili napisałam stamtąd do miejscowego Biskupa z prośbą o upoważnienie, a ten, wskutek danych mu przez o. rektora objaśnień o naszym Zakonie i o spodziewanej z tej fundacji chwale Bożej, tak był łaskaw, że wydał mi bezzwłocznie odnośny dokument.

2. Otrzymawszy to upoważnienie, uważałam klasztor jakby już za gotowy, tak mi się to zdawało rzeczą łatwą. Postarałam się zaraz o najęcie domu, za pośrednictwem jednej pani znajomej. Nie obyło się jednak bez trudności, bo nie była to pora najmowania mieszkań, a w domu dla nas upatrzonym stali jacyś studenci; ale w końcu stanęło na tym, że oni ustąpią, skoro się zgłoszą osoby, które dom ten zająć mają. Jakie to będą osoby, tego nie wiedzieli: bo aż do chwili objęcia domu chciałam, aby rzecz pozostawała w najściślejszym sekrecie, wiedząc już z doświadczenia, jakie przeszkody diabeł zwykł nam wzniecać, ile razy spostrzeże, że zabieramy się do fundacji nowego klasztoru. I w tej fundacji także, choć Bóg nie dopuścił mu przeszkodzić jej z początku, bo chciał, by powstała, później jednak wielkie na nią podniosły się trudności i przeciwieństwa, dotąd jeszcze nie całkiem usunięte, choć w chwili gdy to piszę, już kilka lat od założenia jej upłynęło. Snadź wielka z niej ma być chwała Bogu, kiedy diabeł tak jej nie cierpi.

3. Mając tedy upoważnienie i dom zapewniony, ufna w miłosierdzie Boże, bo nikogo zgoła tam nie znałam, kto by nam w czymkolwiek mógł być pomocny, a na urządzenie domu znacznego potrzeba było nakładu – udałam się w drogę, jedną tylko towarzyszkę ze sobą zabierając, by nie zwracać uwagi po drodze. Nauczona doświadczeniem przykrości i utrapień przebytych w Medina del Campo, z powodu zbytniej liczby sióstr, jakie tam miałam ze sobą, przekonałam się, że lepiej naprzód pojechać samej, a siostry sprowadzać dopiero na objęcie gotowego już domu. Tym sposobem, w razie jakich trudności, ja sama tylko ponoszę kłopoty i przykrości i ta jedna ze mną, bez której mi puszczać się w drogę niepodobna. Stanęłyśmy na miejscu w wigilię Wszystkich Świętych, spędziwszy znaczną część poprzedniej nocy w drodze, przy silnym mrozie, ale zatrzymałyśmy się jednak na krótki nocleg, bo byłam mocno cierpiąca.

4. W opisie tych fundacji nie wspominam o tym, cośmy w tych długich i uciążliwych drogach wycierpiały od mrozów, od upałów, od śniegów, które nieraz całymi dniami nas zasypywały; ile razy, zmyliwszy drogę, przychodziło nam błąkać się; ile przy tym dolegały mi ciężkie moje niemoce i febry, bo z łaski Boga prawie ciągle jestem schorowana. W tym wszystkim jasno widziałam, że Pan sam dodawał mi siły. Nieraz, w chwili gdy chodziło o nową jaką fundację, niewypowiedzianego doznawałam znękania i ucisku, czując się tak słaba i zbolała, że w celi nawet nie mogłam inaczej wytrzymać, jak leżąco. W tym udręczeniu moim zwracałam się do Pana, żaląc się Mu, dlaczego każe mi czynić, czego zrobić nie zdołam. Pan przecież w boskiej łaskawości swojej zawsze mi tyle dał siły, że choć z trudnością, mogłam się zabrać do rzeczy i taki mi wlewał zapał do serca i takie zajęcie się sprawą mi zleconą, iż zupełnie już jakoby zapominałam o sobie.

5. Nigdy, o ile pamiętam, nie uchyliłam się od podjęcia fundacji z obawy cierpienia, jakkolwiek podróże wszelkie, zwłaszcza dalekie, zawsze mi były bardzo uciążliwe. Ale raz puściwszy się w drogę, za nic sobie miałam trud wszelki, pomnąc w czyjej służbie go ponoszę i radując się tą myślą, że w tym nowym domu Pan będzie odbierał cześć i chwałę i sam w nim będzie mieszkał w Najświętszym Sakramencie. Każdy kościół nowo powstający szczególną jest dla mnie pociechą, gdy wspomnę, ile ich dzisiaj luteranie burzą i niszczą. Nie ma, sądzę, tak wielkich trudów i cierpień, których by nam godziło się ulęknąć, jeśli w zamian za nie możemy takim wielkim dobrem społeczność chrześcijańską obdarzyć. Bo jakkolwiek wiele jest dusz, które nie pomną, że Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, całą istnością swoją mieszka na wielu miejscach naraz w Najświętszym Sakramencie, wszakże ta Jego z nami obecność powinna by być dla nas wszystkich największą pociechą. Co do mnie, to często doświadczam tej pociechy, gdy widzę w chórze te dusze tak czyste, pogrążone w uwielbieniu Boga. Bo że czystym sercem te dusze Pana chwalą, to łatwo poznać po wielu znakach, po doskonałym ich posłuszeństwie, po tym weselu ducha, jakim je napełnia takie ścisłe zamknięcie i samotność, i po radosnej ich gotowości do skorzystania z każdej, jaka im się nadarzy sposobności do umartwienia. Im większą Pan przeoryszy daje łaskę ćwiczenia ich w tym wyniszczeniu samych siebie, tym większe stąd ich zadowolenie i uszczęśliwienie i prawdziwie rzec można, że prędzej przeorysza ustanie w takim wystawianiu ich na próbę, niż one w posłuszeństwie: bo co do tego, pragnienia ich nie znają granic.

6. Jakkolwiek nie ma to ścisłego związku z historią fundacji, którą zaczęłam opisywać, wszakże, kiedy już wspomniałam o umartwieniu, umieszczę tu, córki moje, kilka uwag, tyczących się tego przedmiotu, które w tej chwili przychodzą mi na myśl, a które może nie będą bez pożytku dla przeorysz, Różnych różnym Pan użycza zdolności i cnót; zatem też każda, będąc na przełożeństwie, chce prowadzić siostry jej podwładne tą samą drogą, którą sama chodzi. Przełożonej zamiłowanej i mocno utwierdzonej w umartwieniu wewnętrznym wszystko, cokolwiek rozkaże podwładnej, w celu ujarzmienia w niej woli własnej, wyda się rzeczą łatwą, tak jak byłoby dla niej, choć jednak, gdyby sama miała spełnić taki rozkaz, kto wie, czy w danym razie nie przyszłoby jej to z trudnością. – Trzymajmy się stale tej zasady, że co dla nas byłoby ciężkie i trudne, tego nie powinnyśmy nakazywać drugim. Rozsądek jest warunkiem bardzo ważnym do dobrego sprawowania rządów. W tych domach naszych jest to warunek konieczny, i nierównie bardziej konieczny niż w innych klasztorach, bo większy u nas ciąży na nich obowiązek czuwania nad siostrami pod ich kierunek oddanymi, nie tylko nad zewnętrznym ich zachowaniem się, ale i nad usposobieniem ich wewnętrznym. Inna znowu przeorysza, mająca w sobie większą gorącość ducha, chciałaby, by siostry i poza porami przepisanymi ciągle były na modlitwie. Słowem, jak mówiłam, różnymi Pan dusze prowadzi drogami. Przełożona jednak powinna pamiętać, że nie na to postanowiona jest, aby sama dla podwładnych wybierała drogę, jaka jej się podoba, jeno na to, aby je prowadziła drogą wskazaną przez Regułę i Konstytucje, chociażby wolała inną i musiała zadawać gwałt własnej skłonności swojej.

7. W jednym z tych domów naszych widziałam przeoryszę, mającą szczególny pociąg do praktyk pokutnych, w tym też kierunku prowadziła siostry. Zdarzało się, że całe zgromadzenie brało bez przerwy dyscyplinę przez całą długość siedmiu psalmów pokutnych z modlitwami, bywały tam inne jeszcze tego rodzaju ćwiczenia. W innych znowu domach zdarza się, że przeorysza, zatopiwszy się w modlitwie, choć już po odmówieniu Jutrzni, więc nie w porze przepisanej na modlitwę, zatrzymuje wszystkie siostry i każe im podobnież się modlić, kiedy daleko lepiej byłoby, żeby poszły spać. Jeśli która – jak mówiłam – kocha się w umartwieniu, więc wszystkie dręczy ciągłymi umartwieniami. Te zaś biedne owieczki Panny Najśw. bez słowa odpowiedzi spełniają wszystko, co ona im każe, i wszystko znoszą w milczeniu jak jagniątka niewinne, na co patrząc, wielkie mam zbudowanie i zawstydzenie, ale czasem i silną pokusę. Bo siostry, całe zajęte Bogiem, jej nierozsądku nie widzą, ale ja lękam się o ich zdrowie i wolałabym, żeby poprzestawano na zachowaniu Reguły, co samo już dostateczną jest pracą, a co nad to, niech się dzieje roztropnie, szczególnie w tym wszystkim, co się odnosi do umartwienia. Niechże przełożone, na miłość Boga, baczne na to oko mają. Niech pamiętają, że w zarządzie tych domów niezmiernie ważną rzeczą jest rozsądek i dobre ocenienie zdolności i usposobienia każdej. Bez pilnego na te dwa warunki baczenia, zamiast pożytku, szkodę wyrządzą podwładnym i niepokoju i trwogi je nabawią.

8. Niech pamiętają, że te dodatkowe umartwienia nie są obowiązkiem i to jest pierwsza i naczelna zasada, której się trzymać powinny. Zapewne, że umartwienie jest potrzebne, aby dusza mogła wybić się na wolność i wznieść się do wysokiej doskonałości. Ale nie jest to rzecz, która by się dała zrobić w krótkim czasie; do tego celu zdąża się stopniowo i powoli. To właśnie jest rzeczą przełożonej, by każdej w tym dopomagała wedle stopnia zdolności i gorącości ducha, jakich Bóg której użycza. Może która pomyśli sobie, że na rozum i zdolności przyrodzone, o których dopiero co wspomniałam, nie ma tu co zważać. Myli się. Znajdzie się niejedna, która nim dojdzie do zrozumienia, na czym zasadza się doskonałość, i do przejęcia się duchem naszej Reguły, dobrze się namęczy. Taka może potem właśnie najwyżej postąpić w świętości, ale nim to nastąpi, długi czas nie potrafi zrozumieć, kiedy należy tłumaczyć się, a kiedy nie, i innych tym podobnych drobnych praktyk, które, gdyby rozumiała, może by je spełniała z łatwością, ale nim je zrozumie, nie dostrzega znaczenia ich i wartości, albo co gorsze, żadnej w pełnieniu ich nie widzi doskonałości.

9. W jednym z domów naszych jest pewna zakonnica, najświątobliwsza, o ile o tym sądzić mogę, z wszystkich, jakie mamy w naszych domach, dusza miłością Boga płonąca, nadzwyczajnymi od Boga łaskami obdarzona, w umartwieniu i w pokorze niezrównana. Otóż są pewne punkty naszych Konstytucji, które jej żadną miarą nie mogą pomieścić się w głowie. Tak na przykład oskarżanie z win na kapitule wydaje jej się brakiem miłości bliźniego: jakże, mówi, mogę skarżyć na siostrę? Mogłabym więcej przytoczyć podobnych przykładów. Niejedna jest między nami bardzo gorliwa służebnica Boża, cierpiąca na podobną trudność zrozumienia pewnych rzeczy, a przecie pod względem postępu w cnotach przewyższająca inne, choć te wszystko rozumieją. Niechaj także nie wyobraża sobie przeorysza, by zdołała od razu poznać dusze. Niech zostawi to Bogu, który sam zna skrytości serc, a niechaj stara się każdą prowadzić tą drogą, którą Pan jej przeznaczył, byleby nie wykraczała w niczym przeciw posłuszeństwu i zasadniczym przepisom Reguły i Konstytucji. Owa dziewica spomiędzy jedenastu tysięcy panien, która w pierwszej chwili skryła się i odłączyła od towarzyszek swoich, niemniej jednak została świętą i męczenniczką; owszem, może więcej ucierpiała niż tamte, gdy potem sama jedna wydała siebie na męczeństwo.

10. Wracając jeszcze do zadawania umartwień, weźmy taki przykład: przeorysza dla umartwienia siostry daje jej rozkaz, może sam w sobie łatwy, ale dla niej trudny. Ona go spełni, ale taki przy tym cierpi niepokój i takie pokusy, że lepiej było nie dawać jej tego rozkazu. Będzie to przestroga dla przeoryszy, że nie powinna tej siostry pchać do doskonałości przemocą, że raczej ma powoli postępować, dając Panu czas, aby sam stopniowo zdziałał w tej duszy to, czego potrzeba. Przeciwnie, zmuszając ją gwałtem i jakoby za włosy ciągnąc ją do tej doskonałości, bez której ostatecznie siostra ta może być jeszcze bardzo dobrą zakonnicą, łatwo może w tej duszy wzniecić trwogę i wtrącić ją w zniechęcenie i upadek na duchu, co jest rzeczą straszną. Patrząc na inne, nauczy się powoli czynić jak i one, czego niejeden przykład widzieliśmy; a chociażby stało się inaczej, brak tej jednej cnoty nie będzie jej jeszcze przeszkodą do zbawienia. Znam jedną siostrę, która całe życie wielką się odznaczała świątobliwością i od wielu lat już na wszelki sposób gorliwie służy Panu, a przecie podlega zawsze pewnym niedoskonałościom i pewnych doznaje uczuć, których w sobie stłumić nie może; widzi to dobrze i trapi się tym i przede mną żal i smutek swój wynurza. Na to snadź Bóg dopuszcza jej ulegać tym ułomnościom, w których nie ma ani śladu grzechu, aby miała powód do upokorzenia się i przekonała się, że nie jest jeszcze całkiem doskonała.

Tak więc jedne potrafią znosić wielkie umartwienie i im trudniejsze rzeczy im kazać, z tym większą pociechą je spełnią, bo Pan dał im siłę wewnętrzną do ujarzmienia woli swojej; drugie nie zniosą i małych i zmuszać je do nich byłoby to samo, co wkładać na barki dziecka dwa ciężkie wory zboża; nie tylko by ich nie uniosło, ale ciężar taki nad siły zgniótłby je raczej i obalił na ziemię. Wybaczcie mi, córki moje (do przełożonych to mówię), ale według tego, co u niektórych z was spostrzegłam, tak szeroko się nad tymi uwagami rozwodzę.

11. Jedną jeszcze dodam przestrogę i to bardzo ważną: nigdy, chociażby pod pozorem doświadczenia posłuszeństwa, nie dawajcie rozkazów, których spełnienie byłoby grzechem, chociażby powszednim. Wiem bowiem o takich przykładach i parę ich przytoczyłam wyżej, że gdyby siostra była uczyniła to, co jej kazano, byłaby popełniła grzech śmiertelny. Ją może uniewinniłaby jej dobra wiara i prostota serca, ale żadną miarą nie uniewinniłaby przeoryszy, tym bardziej, że zna bezwarunkową uległość tych dusz niewinnych, którymi rządzi i wie, że cokolwiek im każe, to one natychmiast spełnią. Czytając lub słysząc o bohaterskich czynach zaparcia się ojców świętych na puszczy, przekonane są, że każdy rozkaz im dany dobry jest i słuszny, albo przynajmniej, że same, spełniając go, czynią rzecz najlepszą. Ale i one powinny wiedzieć o tym, że co bez rozkazu byłoby grzechem, tego i mając rozkaz uczynić nie mogą. Mogą wprawdzie i powinny usłuchać, gdy im każą opuścić Mszę świętą, albo zaniechać postu i tym podobne rzeczy; bo choć to są przykazania, same z siebie obowiązujące, przełożona wszakże, dla słusznych przyczyn, ma prawo w danym razie od nich zwolnić. Ale takie rozkazy jak on rzucenia się do studni i tym podobne niezawodnie grzechem byłoby spełnić, bo nie godzi się żadnej liczyć na to, że Bóg dla niej cud uczyni, jak to niekiedy czynił dla świętych. Wiele zaiste jest rzeczy, w których doskonałe posłuszeństwo otwarte dla siebie ma pole.

12. Wszystkie te rzeczy pochwalam, byleby nie miały w sobie tego niebezpieczeństwa. Kiedyś w Malagónie jedna siostra prosiła przeoryszę o pozwolenie wzięcia dyscypliny. Zapewne nie pierwszy raz przychodziła z tą prośbą, bo przeorysza odpowiedziała jej krótko: “Daj mi spokój”, a gdy ta dalej się naprzykrzała, powtórzyła jej znowu: “Daj mi spokój, idź się przejść”. Jakoż siostra z największą prostotą poszła na spacer i kilka godzin chodziła. Któraś zapytała ją, czemu tak ciągle chodzi; odpowiedziała, że tak jej kazano. Aż wreszcie zadzwoniono na jutrznię. Przeorysza zdziwiona, że siostry nie widać w chórze, zapytuje, gdzie się obraca; odpowiedziano jej, że spaceruje.

13. Powinny więc przeorysze, jak już mówiłam, z wielką postępować oględnością, mając do czynienia z duszami tak rozmiłowanymi w posłuszeństwie. Innym razem któraś znalazła w ogrodzie dużego robaka i przyniosła go pytając, czy ładny. Przeorysza odpowiedziała, żartując: “Bardzo ładny, zjedz go”. Poszła do kuchni z robakiem swoim i najdokładniej go smażyła. “Co tam smażysz i na co?” – zapytała ją kucharka. “Robaka smażę – odpowiedziała – i zjem go”; i gdyby jej nie wstrzymano, byłaby tak zrobiła z ciężką może szkodą dla zdrowia i z nie mniejszym strapieniem dla przeoryszy, która ani pomyślała, by żart jej tak został wzięty na serio. Niewypowiedziana to radość dla mnie, że widzę córki moje aż tak do zbytku rozmiłowane w posłuszeństwie, bo sama szczególną mam cześć dla tej cnoty i z wszystkich sił moich starałam się o to, aby one jej nabyły. Ale na nic byłaby wszelka usilność moja, gdyby Pan sam w nieskończonym miłosierdziu swoim nie był nam uczynił tej łaski, że wszystkie na ogół mają pociąg do tej cnoty i ochotnie się do niej skłaniają. Oby w boskiej dobroci swojej dawał nam czynić w niej coraz wyższe postępy, amen.