Księga fundacji - Strona 31 z 34 - Dumanie.pl - blog osobisty | o. Mariusz Wójtowicz OCD

Księga fundacji

parallax background
fot. rtve.es

 

Rozdział XXIX



O fundacji klasztoru Św. Józefa u Matki Boskiej Nadrożnej w Palencji, w dzień św. króla Dawida r. 1580.

1. Za powrotem z fundacji w Villanueva de la Jara otrzymałam od przełożonego rozkaz udania się do Valladolid. Stało się to na żądanie biskupa Palencji, tego samego don Alvaro de Mendoza, który, będąc przedtem biskupem Awili, tak życzliwą opieką otaczał pierwszy nasz klasztor Św. Józefa w Awili, i odtąd stale takąż życzliwość i łaskę Zakonowi naszemu okazywał. Za czym też, przeniósłszy się z Awili do Palencji, powziął był z natchnienia Bożego zamiar ustanowienia klasztoru tegoż Zakonu w nowej biskupiej swojej stolicy. Przybywszy do Valladolid, zaniemogłam ciężko, zdawało się śmiertelnie. Wyszłam jednak z tej choroby, tylko takie mi po niej pozostało zniechęcenie do zamierzonej fundacji i takie niepokonane uczucie zupełnej do podjęcia jej nieudolności, że mimo nalegań przeoryszy klasztoru w Valladolid, która tej fundacji pragnęła, na nic się zdobyć nie mogłam. Nie widziałam nawet sposobu, jak by się wziąć do rzeczy, zwłaszcza że klasztor miał być bez stałych dochodów, a jałmużn dostatecznych na utrzymanie jego nie można się było spodziewać, bo miasto to jest bardzo ubogie.

2. Myśl tej fundacji nie była jednak dla mnie rzeczą nową. Niespełna na rok przedtem już była o niej mowa, jak i o drugiej fundacji w Burgos i wówczas zamiarowi temu wcale nie byłam przeciwna. Dopiero teraz mnóstwo w nim znajdowałam trudności i niedogodności, choć przecie nie po co innego przyjechałam do Valladolid, jeno dla podjęcia tej fundacji. Nie wiem, czy był to skutek wielkiego osłabienia mego po chorobie, czy też diabeł chciał tym sposobem stłumić w samym zarodku szczęśliwe owoce, jakie później ta fundacja wydała. Prawdziwie dziwna to rzecz i żałosna, jak i nieraz żalę się na to przed Panem, jak biedna dusza nasza musi dzielić z ciałem jego niedołęstwa, jak gdyby zupełnie podlegała jego prawom i wszelkim potrzebom, które jemu sprawują cierpienie.

3. Jest to zdaniem moim, jedna z najdotkliwszych nędz tego życia, jeśli duch nie ma w sobie dość żarliwości i męstwa, aby umiał nad tym zapanować. Podlegać ciężkiej niemocy, znosić wielkie boleści, zapewne, że jest to cierpienie. Ale takie cierpienie, jeśli jeno dusza jest swobodna, dla mnie jest niczym; bo choć ciało jęczy, dusza wielbi Boga i dzięki Mu czyni pomnąc, że to cierpienie jest zrządzeniem i darem z Jego ręki. Ale cierpieć, a przy tym mieć duszę bezwładną, to jest rzecz straszliwa, zwłaszcza jeśli to dusza, która przedtem wielkim płonęła zapałem i żądzą nieszukania dla siebie żadnego, wewnętrznego czy zewnętrznego spoczynku, ale poświęcenia siebie bez podziału na służbę wielkiego Pana i Boga swego. Jedynym w takiej niedoli lekarstwem to cierpliwość, uznanie nędzy swojej i zdanie się na wolę Boga, aby On czynił z nami, co i jak Jemu się spodoba. W takim właśnie stanie byłam ja wówczas. Wracałam już do zdrowia, ale takie było zniemożenie moje, że żadną miarą nie mogłam się zdobyć na tę ufność i otuchę, jaką przedtem zawsze miewałam z łaski Boga, podejmując te fundacje; same tylko we wszystkim widziałam niepodobieństwa. Potrzeba mi było kogo, co by umiał dodać mi otuchy; pod jego wpływem otrząsnęłabym się z niedołęstwa mego. Z tych jednak, którzy mnie otaczali, jedni tylko większego jeszcze strachu mi napędzali, drudzy, choć dawali mi niejaką nadzieję, nie taka to jednak była nadzieja, by zdołała pokonać moją małoduszność.

4. Na szczęście moje zjechał w tym czasie do Valladolid Magister Ripalda z Towarzystwa Jezusowego, dawny przed laty mój spowiednik. Udałam się do tego wielkiego sługi Bożego, odkryłam przed nim stan mojej duszy prosząc, aby mi, jak tego pragnę, zastąpił miejsce Boga i objawił mi Jego wolę. Ojciec, wysłuchawszy mego wyznania, począł mi usilnie dodawać odwagi, twierdząc, że ta małoduszność moja jest skutkiem podeszłego mego wieku. Ja dobrze wiedziałam, że tak nie jest; dziś jestem jeszcze starsza, a przecie tego upadku na duchu, w jakim wówczas byłam, obecnie w sobie nie czuję; snadź on to rozumiał, a tylko tak mówił, upominając mię, bym się ocknęła z niedołęstwa mego i nie sądziła, że ono pochodzi od Boga. Oprócz tej fundacji w Palencji, druga jeszcze przygotowywała się w Burgos, a ani na jedną, ani na drugą żadnych nie posiadałam środków. Nie to jednak mię odstraszało, taki bowiem już był mój zwyczaj, wszędzie zaczynać z niczym, a nieraz i mniej niż z niczym. Ostatecznie, wszystko zważywszy, O. Ripalda stanowczo mi oznajmił, że pod żadnym warunkiem nie powinnam zaniechać tych fundacji. Taką samą odpowiedź miałam na krótko przedtem w Toledo od Baltasara Alvareza, tegoż Towarzystwa Jezusowego naonczas prowincjała. Na jego słowo bez wahania postanowiłam podjąć się tych fundacji; ale wówczas byłam jeszcze zdrowa.

5. Teraz przeciwnie, choć zdanie tego drugiego ojca, tym bardziej, że zupełnie zgodne z tamtym, największą u mnie miało powagę, nie zdołało ono jednak skłonić mię do stanowczego odrzucenia mych obaw i wątpliwości. Diabeł – jak mówiłam – czy też zniemożenie fizyczne trzymały mię spętaną, choć czułam się już znacznie silniejsza. Przeorysza z Valladolid, która bardzo pragnęła przyjścia do skutku fundacji w Palencji, zachęcała mię jak mogła, widząc jednak moją dla tej sprawy obojętność, nalegać nie śmiała. Ale czego ani nalegania ludzkie, ani powaga sług Bożych dokazać nie zdołały, to się w jednej chwili stało, gdy Pan raczył mi zesłać prawdziwy zapał z nieba. Z tego każdy przekonać się może, że najczęściej nie ja czynię to, co się działa w tych fundacjach, ale Ten, który mocen jest zdziałać wszystko.

6. Pewnego dnia, po Komunii świętej, pogrążona w tych wątpliwościach i nie mogąc się zdobyć na żadne postanowienie co do tych fundacji, błagałam Pana, aby mię raczył oświecić, iżbym we wszystkim tym umiała poznać i spełnić Jego wolę. W chwilach bowiem najgłębszego nawet zniemożenia i oschłości ta żądza spełnienia jedynie woli Bożej, nigdy ani na chwilę we mnie nie ustała. Wtedy Pan, jakby z wyrzutem, rzekł do mnie: Czego się boisz? Kiedy cię pomoc moja zawiodła? Jaki zawsze byłem dla ciebie, taki jestem i dzisiaj. Nie ociągaj się z założeniem tych dwu fundacji. O Boże wielki! Jakże różne są słowa Twoje od słów człowieka! W tejże chwili taką uczułam w sobie odwagę i tak silne postanowienie, że chociażby świat cały stawał mi w drodze, nie zdołałby mnie powstrzymać. Nie zwlekając ani chwili, przystąpiłam do dzieła i Pan też, jakby tylko czekał gotowości mojej, zaraz mi nastręczył potrzebne środki.

7. Wybrałam dwie siostry, których posagu chciałam użyć na kupienie domu. Co do przyszłego utrzymania klasztoru, jakkolwiek mię upewniano, że z jałmużny niepodobna nam będzie wyżyć w Palencji, ja o tym ani słyszeć nie chciałam. Ustanowienie stałego dochodu, na razie przynajmniej, było rzeczą niepodobną, a więc kiedy Bóg sam każe, aby klasztor ten był założony, sam też potrzebom jego zaradzi. Choć niezupełnie jeszcze przyszłam do siebie i choć pora zimowa nie sprzyjała podróży, postanowiłam jednak nie zwlekać z wyjazdem.

W dzień śś. Młodzianków tegoż roku wyruszyłam z Valladolid. Od Nowego Roku aż do św. Jana miałyśmy zapewnione tymczasowe pomieszczenie w domu najmowanym przez jednego pana miejscowego, który go nam ustąpił.

8. Przed wyjazdem napisałam była do jednego z kanoników w Palencji. Nie znałam go wcale, ale jego przyjaciel, którego znałam, upewnił mię, że jest to bardzo gorliwy sługa Boży, za czym i pewna byłam, że wielką z niego będę miała pomoc, licząc na tę najłaskawszą Opatrzność, jaką Pan we wszystkich tych fundacjach nade mną okazywał, iż znając mię i wiedząc, jak mało jestem zdolna, wszędzie dawał mi znaleźć kogoś, co by mi w wykonaniu dzieła Jego dopomógł. Napisałam więc do tego kanonika, prosząc go, by nam, bez najmniejszego, o ile będzie podobna rozgłosu, opróżnił dom dla nas przeznaczony, usuwając lokatora, który część jego zajmował, ale nie mówiąc mu, o co chodzi. Jakkolwiek bowiem między znaczniejszymi obywatelami Palencji miałyśmy kilku bardzo nam przychylnych, a szczególnie Biskupa, zawsze jednak uważałam, że będzie bezpieczniej nie rozgłaszać rzeczy przed czasem.

9. Kanonik Reinoso (tak się nazywał ten zacny kapłan, do którego pisałam) nie poprzestał na samym spełnieniu mojej prośby; nie tylko nam dom opróżnił, ale i zaopatrzył go w łóżka i we wszelkie wygody. Rzeczywiście były one nam potrzebne po takiej, jaką miałyśmy podróży. Zimno było przejmujące, droga uciążliwa, zwłaszcza że cały dzień jechałyśmy we mgle tak gęstej, iż prawie jedna drugiej dojrzeć nie mogła. Co prawda, odpoczynku miałyśmy niewiele, bo zaraz po przyjeździe potrzeba było zająć się przygotowaniami do Mszy, aby nazajutrz wcześnie, nimby wieść o naszym przybyciu rozeszła się po mieście, spełnienie Najświętszej Ofiary w tym nowym domu stwierdziło i nieodwołalnym uczyniło nasze w nim usadowienie się. (Z wielokrotnego doświadczenia przekonałam się, że ten jest najwłaściwszy sposób postępowania przy zakładaniu fundacji. Zwlekając bowiem i ociągając się, aż się wszyscy dowiedzą, daje się przez to ludziom powód do różnych sądów i gadań, a diabeł korzysta z tego i wznieca zamieszanie i trudności, którymi choć nic nie wskóra, zawsze jednak sieje niepokój). Tak więc, nazajutrz rano, prawie o świcie, don Porras, kapłan bardzo pobożny i nasz towarzysz w drodze do Palencji, odprawił pierwszą Mszę świętą w naszym domu, a po nim zaraz drugą don Augustin de Victoria, bardzo oddany naszym siostrom w Valladolid, który też w drodze wielkie nam świadczył przysługi i nawet pieniędzy mi pożyczył na urządzenie nowego domu.

10. Miałam z sobą cztery siostry i piątą towarzyszkę moją, która już od dawna wszędzie ze mną jeździ. Jest ona tylko konwerską, ale tak jest świątobliwa i roztropna, że większą mam z niej pomoc niż z wielu sióstr chórowych. Tej nocy, jak mówiłam, pomimo że byłyśmy znużone złą drogą i uciążliwymi przeprawami przez wody wezbrane, sen nasz był krótki.

11. Nie czułam jednak znużenia wobec pociechy, jaką mię napełniało szczęśliwe rozpoczęcie naszej fundacji i z tego też bardzo się cieszyłam, że obrzęd otworzenia jej przypadł w dniu, w którym odmawiamy oficjum o królu Dawidzie, do którego wielkie mam nabożeństwo. Tegoż samego dnia, zaraz z rana, posłałam do najprzewielebniejszego Biskupa, z doniesieniem o naszym przybyciu, którego on tak rychło się nie spodziewał. Niezwłocznie odwiedził nas z tą samą zawsze dobrocią, jaką nam od dawna stale okazuje. Obiecał nam zaopatrzyć nas w chleb, ile go będzie potrzeba i różnych innych rzeczy polecił swemu szafarzowi nam dostarczyć. Zakon nasz niezmiernie wiele mu zawdzięcza i każda, gdy czytając opis tych fundacji dowie się o tylu jego dobrodziejstwach względem nas, powinna się poczuwać do obowiązku polecania go Bogu, żywego czy umarłego, o co i na miłość Pana każdą proszę. Radość z naszego przybycia była w całym mieście tak wielka i powszechna, że słów mi nie staje na jej opisanie. Rzadko chyba zdarza się między ludźmi taka jednomyślność; wśród tych ogólnych objawów zadowolenia nie odezwał się ani jeden głos przeciwny. Zapewne, że w znacznej części przyczynił się do tego przykład Biskupa, który wielką tu ma powagę i miłość u ludzi; ale i lud sam taki jest dobry i szlachetny, jak nigdzie nie widziałam podobnego; co dzień też więcej się cieszę, że mi dano było wśród niego klasztor nasz założyć.

12. Zatrzymawszy się tymczasowo, jak mówiłam, w mieszkaniu najętym, zajęłyśmy się bezzwłocznie kupnem domu własnego. Dom, w którym stałyśmy, był wprawdzie na sprzedaż, ale zrażone niedogodnym jego położeniem, wolałyśmy poszukać innego, a z tym, co posiadały te dwie siostry, które były do nowego klasztoru wyznaczone, miałyśmy przynajmniej o czym rozpocząć targ i zawierać umowę. Była to suma niewielka, ale w takiej małej mieścinie znaczyła dużo. Ostatecznie jednak, z takim fundusikiem nie byłybyśmy doszły do końca, gdyby nie pomoc serdeczna tych dwóch przyjaciół, których Bóg nam zesłał, to jest kanonika Reinoso, o którym już mówiłam, i drugiego jemu podobnego, kanonika Salinas, męża wielkiego rozumu i serca. Obaj żyli z sobą w najściślejszej przyjaźni; obaj też wspólnie zajęli się naszą sprawą gorliwiej nawet, niż gdyby to była sprawa ich własna. Odtąd też taką samą pełną poświęcenia przychylność temu domowi naszemu okazują.

13. Jest w Palencji bardzo miła kaplica czy pustelnia pod wezwaniem Matki Boskiej Nadrożnej; wszystko miasto i cała okolica wielkie ma do niej nabożeństwo i mnóstwo ludu tam się schodzi na modlitwę. Biskup i wszyscy nam życzliwi byli zdania, że najlepiej nam będzie osiedlić się przy tej kaplicy. Zabudowań mieszkalnych kaplica ta nie posiadała, ale były w pobliżu dwa domy, które mogłyśmy kupić, a które połączone w jedno, wystarczyłyby na pomieszczenie nas wraz z domowym oratorium. Kościółek ten należał do kapituły i do bractwa przy nim istniejącego; do nich więc naprzód się zwróciłyśmy z prośbą o ustąpienie nam kościółka. Kapituła od razu zgodziła się najłaskawiej na to ustępstwo; ze starszymi bractwa porozumienie się szło nieco trudniej, ale i oni, po niejakim wahaniu, zrzekli się praw swoich na rzecz naszą, bo jak już mówiłam, w życiu moim nie widziałam ludu tak poczciwego, jak ten lud w Palencji.

14. Chodziło teraz o nabycie owych dwu domów; ale właściciele, widząc, że mamy na nie ochotę, podwyższyli ich cenę, czemu się nie dziwię. Gdy jednak poszłam sama te domy obejrzeć, wydały mi się one tak niedogodne, i nie tylko mnie, ale i tym, którzy nam towarzyszyli, że wszelką do nich chęć straciłam. Jasno potem się okazało, że zniechęcenie to, niesłuszne w znacznej części, pochodziło z poduszczenia złego ducha, któremu nasze osiedlenie się w tym miejscu bardzo się nie podobało. Kanonicy nasi, podzielając moje uprzedzenie, popierali je jeszcze uwagą, że domy te daleko są od katedry, co było prawdą, ale za to leżą one w części miasta najgęściej zaludnionej. Ostatecznie wszyscy jednozgodnie uznaliśmy, że miejsce to nie jest dla nas przydatne i że trzeba poszukać innego. Zajęli się tym natychmiast obaj kanonicy z taką niestrudzoną pilnością i troskliwością, że z głębi duszy za tę ich dobroć dziękowałam Panu. Wszystkie domy obeszli, nie opuszczając żadnego, o ile tylko mógł się wydawać odpowiedni, aż wreszcie jeden, należący do niejakiego Tamayo, uznali za najlepszy. Dom ten po części w dobrym był stanie i można było zająć go od razu, a graniczył z domem jednego pana możnego, Suero de Vega, który podobnie jak wielu innych w sąsiedztwie szczerze nam, sprzyjał i bardzo pragnął naszego osiedlenia się w tej stronie.

15. Rozmiary jednak tego domu były dla nas za szczupłe i nawet w połączeniu z drugim obok, który nam ofiarowano, jeszcze nie starczyły na wygodne pomieszczenie. Polegając na opisach i sprawozdaniach, jakie mi o tym domu dawano, pragnęłam już prędzej zawrzeć z właścicielem umowę. Kanonicy jednak żądali koniecznie, bym go pierwej sama zobaczyła. Ufając im zupełnie, a mając wstręt do pokazywania się na mieście, broniłam się od tego żądania jak mogłam, w końcu jednak musiałam ustąpić i poszłam. Po drodze wstąpiłam jeszcze do tamtych dwu domów przy kaplicy Matki Boskiej, nie w zamiarze nabycia ich, ale jedynie dla pokazania właścicielowi tego domu, o który chcieliśmy się umówić, że nie jesteśmy zależni od jego łaski, że mamy w czym wybierać. Domy te, jak już mówiłam, i mnie, i siostrom mi towarzyszącym wydały się zupełnie nieprzydatne. Dziś jeszcze nie możemy wyjść z podziwienia, jakim sposobem to się stać mogło, że pomieszczenie to, z którego dzisiaj zupełnie jesteśmy zadowolone, wówczas nam wszystkim tak się nie podobało. Pod wpływem tego uprzedzenia i w przekonaniu, że nie mamy innego wyboru, poszłyśmy do tamtego domu, z powziętym z góry zamiarem kupienia go za wszelką cenę. Przedstawiał on jednak rażące trudności i niedogodności, którym nie byłoby sposobu zaradzić. Chcąc, na przykład, urządzić w nim kaplicę, i to jeszcze szczupłą i ciasną, potrzeba by zburzyć całą jedną część domu, skutkiem czego nie byłoby gdzie mieszkać.

16. Ale na to wszystko wówczas nie zważałyśmy; taka to jest dziwna siła uprzedzenia i raz powziętego postanowienia! Co prawda, błąd ten, choć wówczas nie ja sama jemu uległam, był mi na przyszłość nauką, bym mniej dowierzała samej sobie. Stanęło więc na tym, że weźmiemy ten dom, a nie inny; zgodziliśmy się i na żądaną cenę, choć bardzo wygórowaną, i właściciela mieszkającego gdzieś pod miastem, listownie o tym zawiadomiliśmy.

17. Dziwicie się może, siostry, że tak szeroko się rozwodzę nad rzeczą na pozór tak błahą, jaką jest kupno domu; ale rzecz ta już nie wyda się błahą, gdy z przebiegu jej zobaczycie, jakich to sposobów używał i z jaką złością usiłował diabeł przeszkodzić nam, byśmy nie zamieszkały przy tym kościółku Matki Boskiej. Ja dziś jeszcze drżę cała na samo o tym wspomnienie.

18. Nazajutrz po owym postanowieniu naszym kupienia tego domu, w czasie Mszy świętej przyszła mi nagle silna wątpliwość, czy też dobrze zrobiliśmy, i taki mię na tę myśl ogarnął niepokój, że przez cały czas Mszy świętej rady sobie dać nie mogłam; wciąż mi stal przed oczyma tamten dom Najświętszej Panny. Tak przystąpiłam do Komunii; aż oto w chwili przyjęcia jej usłyszałam w sobie te słowa: Ten jest dom, który wziąć powinnaś.

Słowa te tak były wyraźne i stanowcze, że pod ich wrażeniem natychmiast uczułam w sobie niezmienne postanowienie bezwarunkowo nabyć one domy przy pustelni, a zaczętej umowy o tamten zupełnie zaniechać.

Przewidywałam wprawdzie, jak trudno będzie wycofać się z umowy już zrobionej i jaka to będzie przykrość dla tych, którzy tyle położyli zachodu około wynalezienia tego domu i naszego w nim osiedlenia się pragnęli, ale Pan odpowiedział mi na to: Nie wiedzą oni, ile tam dzieje się złego z ciężką obrazą moją, wasz klasztor skutecznie temu zaradzi.

Przyszła mi jeszcze myśl, czy nie jest to złudzenie; ale ani na chwilę przypuścić tego nie mogłam, jasno rozumiejąc po skutkach, jakie we mnie sprawiły te słowa, że pochodziły one z ducha Bożego. Pan też, utwierdzając mię w tym przekonaniu, zaraz rzekł do mnie: To ja jestem.

19. Zostałam zupełnie uspokojona; wątpliwości, które mię przedtem dręczyły, znikły bez śladu. Nie widziałam jeszcze sposobu, jak naprawić to, co się stało i jak wytłumaczyć siostrom tę nagłą zmianę, bo dotąd ze wstrętem odzywałam się przed nimi o tym domu mówiąc im, że za nic w świecie nie życzyłabym sobie, byśmy go bez obejrzenia kupiły. O siostry jednak mniej się troszczyłam, wiedząc z góry, że wszystko uznają za dobre, cokolwiek ja uczynię; obawiałam się więcej złego wrażenia, jakie to postanowienie mogło sprawić u drugich, którzy za tamtym kupnem obstawali. Widząc takie nagłe moje przerzucanie się z jednego zamiaru w drugi, mogli mię posądzać o lekkomyślność i zmienność, a są to wady, którymi właśnie się brzydzę. Wszystkie jednak te względy i obawy nie zdołały ani na chwilę zachwiać mnie w postanowieniu założenia siedziby naszej w domu Najświętszej Panny. Wszelkie też niedogodności, jakie w nim spostrzegłam, znikły mi z oczu, bo wszelkie niewygody i wszelkie sądy ludzkie niczym były dla mnie wobec tej myśli, że osiedlenie się nasze i zamieszkanie sióstr w tym miejscu zdoła zapobiec choćby jednemu grzechowi powszedniemu, i każda z nich, gdyby była słyszała to, co ja słyszałam od Pana, tak samo by, pewna tego jestem, postąpiła.

20. Chcąc jednak ile możności zapobiec zgorszeniu, jakie przyjaciele nasi z pozornej zmienności mojej wziąć mogli, takiego ku temu użyłam sposobu. Spowiadałam się u kanonika Reinoso, jednego z tych dwu, którzy mi z takim poświęceniem siebie w tej fundacji pomagali. Dotąd nie mówiłam mu jeszcze o łaskach nadzwyczajnych, takich jak to ostatnie objawienie, których Pan mi użycza; nigdy do tego czasu nie było sposobności ku temu ani potrzeby. Teraz jednak, pragnąc iść drogą bezpieczną, jak zawsze w takich zdarzeniach, postanowiłam zasięgnąć rady spowiednika i postąpić według jego zdania. Uznałam więc za konieczne powiedzieć kanonikowi, pod sekretem spowiedzi, jaki rozkaz otrzymałam od Pana. Przyznaję, że niewypowiedzianą byłabym miała trudność w zastosowaniu się w tym razie do zdania spowiednika, gdyby mi kazał postąpić przeciwnie temu, co słyszałam od Pana. Ostatecznie jednak gotowa byłam uczynić, cokolwiek mi rozkaże, pokładając wszystką ufność moją w Panu, który, jak tego po wiele razy doświadczyłam, umie w danym zdarzeniu odmienić serce spowiednika, iż choćby zrazu był innego zdania, w końcu jednak postąpi zgodnie z Jego wolą.

21. Powiedziałam mu więc naprzód, jako Pan zwykł często w taki sposób mię nauczać i jako dotąd zawsze okazało się w skutkach, że słowa, które słyszę, niewątpliwie pochodzą z ducha Bożego. Potem opowiedziałam mu to ostatnie moje objawienie, dodając jednak, że w każdym razie, choćby mi to przyszło z trudnością, postąpię tak, jak on uzna, że postąpić powinnam. Na to kapłan ten zarówno świątobliwy, jak i, mimo swojego młodego wieku, roztropny, odpowiedział mi, że chociaż przewiduje, jak mię za tę nagłą zmianę palcami wytykać będą, wszakże nie chce tego wziąć na siebie, by mi zabraniał postąpić wedle słów, które słyszałam. Zapytałam go jeszcze, czy pozwoli, bym się wstrzymała z objawieniem mojego zamiaru aż do powrotu posłańca, wyprawionego przez nas do właściciela tamtego domu. Zgodził się na to; ja zaś niezachwianą miałam ufność, że Bóg tymczasem w jaki bądź sposób otworzy mi wyjście z tej trudności i nie zawiodłam się. Właściciel, choć zgodziliśmy się na jego cenę i gotowi byliśmy zapłacić tyle, ile sam chciał, teraz nagle z nową występował pretensją, żądając jeszcze trzysta dukatów dopłaty. Było to żądanie nie tylko nieuczciwe, bo skoro sam postawił cenę, a my na nią się zgadzaliśmy, nie miał już prawa jej podwyższać, ale i ze względu na własny jego interes bardzo niemądre, bo do sprzedaży nagliła go potrzeba, a suma, którą mu mieliśmy zapłacić i tak o wiele przewyższała wartość domu. Jawne w tym widzieliśmy zrządzenie Boże, podające nam tak łatwy i prosty sposób wycofania się z danej niebacznie obietnicy. Wlaścicielowi oznajmiliśmy, że uważamy umowę za zerwaną, podając za powód, że postępowaniem swoim przekonał nas, iż z nim nie można dojść do końca, choć nie był to powód główny zerwania umowy, bo gdyby chodziło tylko o te trzysta dukatów, rzecz jasna, że nie byłoby racji dla nich wyrzekać się kupna tego domu, o ile byśmy go skądinąd znajdowały odpowiednim na urządzenie w nim klasztoru.

22. Po takim szczęśliwym uchyleniu tej głównej trudności, widząc spowiednika mojego zafrasowanego przewidywaniem powszechnego zdziwienia i niekorzystnych sądów, jakie z ujmą dla sławy mojej z tej nagłej zmiany wyniknąć mogą, prosiłam go, aby skoro uznaje, że powinnam tak postąpić, jak Pan mi powiedział, o mnie i o sławę moją już się nie troszczył. Dodałam tylko prośbę, by towarzyszowi swemu oznajmił, że postanowiłam i koniecznie chcę, bez względu czy drogo, czy tanio, czy cały, czy zrujnowany, kupić ten dom Najświętszej Panny. Kanonik Reinoso spełnił prośbę moją, a tamten przyjął to oznajmienie w milczeniu. Snadź niepospolicie bystrym rozumem swoim odgadł, choć się do tego nie przyznał, jaki powód mię skłonił do takiej nagłej zmiany. Nigdy też najmniejszej nie uczynił mi z tego powodu uwagi czy wyrzutu.

23. Wszyscy później przekonaliśmy się, jak wielki bylibyśmy popełnili błąd, gdybyśmy kupili tamten dom. Ten, który z łaski Boga mamy, nad wszelkie spodziewanie nasze okazuje się zupełnie dogodny i pod każdym względem lepszy od tamtego, nie mówiąc już o tym, co rzecz główna, że Boski nasz Zbawiciel i Najświętsza Jego Matka teraz w nim, jak każdy to widzi, cześć i wierną służbę odbierają i że dawne okazje do obrazy Bożej już w nim miejsca nie mają. Przedtem, póki to miejsce było tylko samotną pustelnią, odbywały się w niej nieraz schadzki nocne, które mogły dawać powód do różnych grzechów. Dlatego właśnie diabeł z taką złością i chytrością zwodził nas i naszemu tu osiedleniu się przeszkadzał, nie chcąc dopuścić tego, by zgorszenia te miały ustać. My zaś tym bardziej się cieszymy, że możemy w czymkolwiek przyczynić się do chwały niebieskiej naszej Matki, Pani i Orędowniczki. To tylko wielka szkoda, żeśmy się tak późno spostrzegli; trzeba było wziąć dom ten od razu, nie tracąc czasu na szukanie innego. Jasno teraz widzę, do jakiego stopnia zły duch w tej sprawie mię zaślepiał, bo mamy w tym domu takie dogodności, jakich byśmy daremnie szukały gdzie indziej. Lud też wszystek, jak pragnął założenia naszego klasztoru w tym poświęconym ustroniu Matki Boskiej, tak teraz niezmiernie z niego się cieszy, a i ci nawet, którzy pierwej za tamtym domem obstawali, teraz uznają, że w tym jest daleko lepiej.

24. Niech będzie błogosławiony na wieki Ten, który raczył mię w tej potrzebie oświecić, jak i w każdym innym zdarzeniu. Jeśli kiedy zdołam uczynić co dobrego, jedynie oświeceniu Jego to zawdzięczam, bo coraz bardziej i z coraz większym przerażeniem widzę, jak zupełnie niezdolna jestem do niczego. Proszę nie sądzić, bym mówiła to tylko przez pokorę, mówię to z prawdziwego, z każdym dniem coraz jaśniejszego przeświadczenia. Taka jest snadź wola Pana, bym się przekonała i by przekonali się wszyscy, iż On sam działa i sprawuje te rzeczy i jako ślepemu, błotem pomazawszy oczy jego, wzrok przywrócił, tak i takiemu ślepemu jak ja stworzeniu raczy niekiedy oczy otworzyć, abym tego, co mi czynić każe, nie czyniła na ślepo. W tym zdarzeniu, rzecz pewna, wielka była ślepota moja, i ile razy na to wspomnę, chciałabym wciąż na nowo dzięki czynić Panu, że mię tak miłościwie oświecił. Ale i dziękować Jemu, tak jak powinnam, nie umiem; nie wiem doprawdy, jak On jeszcze mię znosi. Niech będzie błogosławione miłosierdzie Jego, amen.

25. Jak tylko stanęło na tym, że kupimy te dwa domy przy pustelni, dwaj oni święci miłośnicy Najświętszej Panny zaraz o nie targ wszczęli i w końcu, zdaniem moim, tanio je nabyli. Ale kłopotu z tym i zachodu mieli niemało, bo tak się Panu podoba, że w każdej z tych fundacji hojną nadarza sposobność do cierpienia i zasługi tym, którzy nam do nich pomagają; ja jedna tylko nic nie robię, jak już mówiłam i chciałabym wciąż to powtarzać, bo tak jest. Po ciężkich zachodach przy targowaniu tych domów, nowe jeszcze i nie mniejsze ponieśli z urządzeniem ich dla nas, które całe sami wzięli na siebie. I potem jeszcze na pierwsze potrzeby pieniędzy mi dali, wiedząc, że ich nie mam, i za nas poręczyli, co za szczególną z ich strony dobroć sobie poczytuję, bo w innych miejscach niemały miewam kłopot, nim znajdę poręczyciela, choćby na mniejszą sumę. I nie dziw, że ludzie uchylają się od takiej posługi, bo ja zwykle zaczynam bez grosza w kieszeni i jedynym poręczyciela zabezpieczeniem jest ufność w pomoc Pana. Ale Pan zawsze dotąd czynił mi tę łaskę, że żaden z tych, co za nas ręczyli, nie miał na tym straty i zawsze znalazło się z czego spłacić należność do ostatniego szeląga, w czym uznaję szczególny dowód miłościwej nad nami Jego Opatrzności.

26. Właściciele domów naszych na poręczeniu obu kanoników poprzestać nie chcieli; ci więc udali się o pomoc do oficjała; nazywał się, jeśli się nie mylę, Prudencio. Wówczas nazywaliśmy go zawsze tylko oficjałem, więc właściwego nazwiska jego nie wiedziałam i dziś tak je podaję, jak je słyszę od innych. Dostojnik ten nadzwyczajną nam dobroć okazał i bardzo wiele jemu zawdzięczamy. Kanonicy spotkali go po drodze, wyjeżdżającego gdzieś na mule. Na zapytanie jego, dotąd idą, odpowiedzieli mu, że szli do niego i że proszą go, aby położył podpis swój na ich poręczeniu. Jak to, odrzekł śmiejąc się, o porękę na taką wielką sumę tak mię bez ceremonii napastujecie na ulicy? I natychmiast, nie zsiadając nawet, podpisał się na podanym mu dokumencie. Była to zaiste rzadka, jak na te czasy, hojność i wspaniałomyślność.

27. Nie mogę tu pominąć bez należnej i jak najgorętszej pochwały tylu dowodów życzliwości i miłości, jakich w Palencji doznałam, bądź od pojedynczych osób, bądź od całej ludności w ogóle. Była to miłość godna pierwszych początków Kościoła, a przynajmniej nie bardzo dzisiaj powszechna na świecie. Wiedzieli, że żadnych nie mamy funduszów, że sami będą musieli nas żywić, a przecie nie tylko nie bronili nam osiedlenia się między nimi, ale jeszcze cieszyli się z niego, jakby z łaski największej od Boga. Jakoż, w świetle wiary patrząc na rzeczy, mieli słuszność; bo chociażby z tego klasztoru naszego nie mieli żadnego innego pożytku niż ten, że przybył im jeden więcej kościół, w którym się przechowuje Najświętszy Sakrament, to samo już jest łaską bardzo wielką.

28. Ale, niech za to wieczne będą dzięki Panu, nie jest to jedyna korzyść, jaką z nas miasto odniosło, bo jak to wszyscy coraz jaśniej widzą, odbiera teraz Bóg w tym miejscu cześć należną. Ustały różne niewłaściwości, jakie dawniej tu się zdarzały, gdyż wśród mnóstwa ludu, jakie się do tej pustelni na nocne nabożeństwa schodziło, nie wszyscy przychodzili dla nabożeństwa; dziś tu już o takich rzeczach nie słychać. Obraz także Najświętszej Panny w wielkim przedtem był nieposzanowaniu. Teraz umieszczony jest ze czcią należną w osobnej kaplicy, którą biskup Alvaro de Mendoza dla niego postawił, i wiele innych tym podobnych ulepszeń powoli się dopełnia, na cześć i chwałę Matki Boskiej i Boskiego Jej Syna, któremu niech będzie dziękczynienie i uwielbienie na wieki, amen, amen!

29. Gdy już nowy klasztor stanął gotów na przyjęcie nas, biskup postanowił, że przeprowadzenie nasze ma się odbyć jak najuroczyściej. Wybrał na to dzień oktawy Bożego Ciała i sam na ten dzień zjechał z Valladolid. Kapituła, Zakony i wszyscy niemal mieszkańcy uczestniczyli w tej uroczystości z muzyką na czele. Z domu, w którym tymczasowo mieszkałyśmy, przeszłyśmy procesjonalnie, w płaszczach białych i ze spuszczoną na oczy zasłoną, do położonego w pobliżu pustelni kościoła parafialnego, gdzie zastałyśmy nasz obraz Najświętszej Panny, z kaplicy na spotkanie nasze przeniesiony, jak gdyby najłaskawsza Pani nasza sama wyszła na nasze powitanie. Biskup wziął w ręce Najświętszy Sakrament i w uroczystej procesji wprowadził go do naszej kaplicy i umieścił na ołtarzu. Był to widok niezmiernie budujący. My na tej uroczystości byłyśmy w większej liczbie obecne, bo prócz sióstr miejscowych szły z nami także, ze świecami w ręku, siostry sprowadzone na fundację w Soria. Piękny tego dnia, jak sądzę. Boski Pan nasz odebrał w tym mieście hołd czci i uwielbienia; niech Mu z łaski Jego będzie chwała na wieki od wszystkiego stworzenia, amen, amen.

30. W czasie mego pobytu w Palencji, nastąpiło odłączenie Karmelitów Bosych od Trzewiczkowych, skutkiem czego stanowią odtąd dwie prowincje oddzielne. Było to najgorętszym życzeniem naszym, w interesie zgody zobopólnej i naszej spokojności. Za wstawieniem się naszego króla katolickiego Filipa II, otrzymaliśmy z Rzymu bardzo obszerne Brewe w tym przedmiocie i Najjaśniejszy Pan, jak sam miłościwie tej sprawie dał początek, tak i w dalszym jej przeprowadzeniu swoją królewską łaskę i nadzwyczajną przychylność nam okazywał. Zebrała się w Alkali kapituła zwołana przez wielebnego ojca Juana de las Cuevas, naonczas przeora w Talavera, z Zakonu św. Dominika, któremu Rzym, na przedstawienie króla, zlecił wykonanie brewe papieskiego. Był to mąż bardzo świątobliwy i roztropny, taki jakiego do tej sprawy tak ważnej było potrzeba. Król własnym kosztem swoim całe Zgromadzenie podejmował i, z jego rozkazu, miejscowy także Uniwersytet wszelkie onemuż czynił ułatwienia. Kapituła zasiadała w klasztorze, jaki tam posiadają nasi Bracia Bosi, pod wezwaniem św. Cyryla. Wszystko odbyło się w najpiękniejszej jedności i zgodzie. Prowincjałem został obrany Ojciec Hieronim Gracián od Matki Bożej.

31. Bliższe szczegóły i cały przebieg obrad Ojcowie sami na innym miejscu opiszą, nie mam więc potrzeby dłużej tu nad nimi się rozwodzić. Dlatego tylko pokrótce o tym wspomniałam, że byłam obecna w Palencji w chwili, gdy Pan taki szczęśliwy dał koniec tej ważnej sprawie, na cześć i chwałę Najśw. Matki swojej, boć to własny Jej Zakon i Ona jest naszą Panią i Patronką. Radość, jakiej wówczas doznałam, liczę do największych, jakie w życiu moim otrzymać mogłam. Więcej niż 25 lat znosiłam trudy, prześladowania i utrapienia, o których długo byłoby opowiadać; Panu samemu wiadomo, ile ich było i jak ciężkie. Teraz więc, gdy wszystko to przeszło i szczęśliwy koniec wzięło, taka radość zalała serce moje, jaką ten tylko mógłby zrozumieć, kto by wiedział, ile wycierpiałam. O, jak gorąco pragnęłam tego, by wszystek świat połączył się ze mną w jedno wielkie Panu dziękczynienie, by wszyscy ze mną żarliwie do Niego zanosili modlitwy za pobożnym królem naszym Filipem, za którego sprawą łaska Pańska tak szczęśliwie nas ocaliła od grożącej nam zguby. W tej bowiem wielkiej zawierusze, którą diabeł na nas wzniecił, wszystka praca nasza byłaby poszła wniwecz, gdyby nie to, że król nas wziął w swoją opiekę.

32. Teraz już wszyscy, i Trzewiczkowi i Bosi, w zgodzie jesteśmy z sobą i pokój mamy; nikt już nam nie przeszkadza służyć Panu. Wszyscy więc, bracia moi i siostry, kwapmy się pracować na chwałę Boskiego Majestatu Jego, kiedy tak łaskawie raczył wysłuchać nasze prośby.

My dziś żyjący, świadkowie naoczni tych cudownych spraw Pańskich, pomnijmy na łaski, jakie nam uczynił, na uciski i utrapienia, z których nas wyzwolił. A którzy przyjdą po nas, mając już przed sobą drogę utorowaną i równą, niechaj niczego nie zaniedbają, cokolwiek do doskonałości naszego stanu należy. Oby nigdy nie powiedziano o nich, co czasem słyszy się o innych Zakonach: tak, kiedyś początki ich były piękne i chwalebne. Ale jak my dziś zaczynamy, tak niechaj oni usiłują zaczynać wciąż na nowo, coraz dalej ku coraz lepszym rzeczom postępując. Niechaj pomną, że korzystając z uchybień naszych w rzeczach małych, diabeł powoli otwiera sobie wyłomy i podkopy, którymi potem wciskają się rzeczy coraz większe. Niechaj nigdy nie mówią sobie: “to rzecz małej wagi, to przesadna, niepotrzebna surowość”. O córki moje, nie jest rzeczą małej wagi, cokolwiek nas wstrzymuje w postępie do wyższej doskonałości!

33. Na miłość Pana naszego proszę was wszystkie, pomnijcie, jak prędko wszystko na tym świecie się kończy, jak wielką łaskę uczynił nam Pan, powołując nas do tego Zakonu, jak ciężka kara spotkałaby każdą, która by dała początek jakiemu tej świętej Reguły naszej zwolnieniu. Miejmy raczej wciąż przed oczyma ten ród święty, z którego pochodzimy. Jesteśmy duchowym potomstwem owych błogosławionych Proroków i Ojców, potomstwem tylu chwalebnych przodków naszych, którzy tu na ziemi nosili ten nasz habit, a dziś chwałą przyobleczeni czekają nas w niebie! Zdobywajmyż się na świętą zuchwałość, postanówmy sobie i usiłujmy za łaską Boga stać się świętymi jak oni. Walka, siostry moje, nie będzie długa, a koniec jej wieczny. Porzućmy te rzeczy ziemskie, które są samą nicością, a miłujmy jedynie te rzeczy, które same mają byt i istność prawdziwą, bo trwają wiecznie, abyśmy coraz usilniej dążąc do osiągnięcia ich, coraz wierniej służyły Temu, coraz goręcej kochały Tego, który żyje na wieki wieczne, amen, amen.

Niech Bogu będą dzięki.

 

Rozdział XXIX



O fundacji klasztoru Św. Józefa u Matki Boskiej Nadrożnej w Palencji, w dzień św. króla Dawida r. 1580.

1. Za powrotem z fundacji w Villanueva de la Jara otrzymałam od przełożonego rozkaz udania się do Valladolid. Stało się to na żądanie biskupa Palencji, tego samego don Alvaro de Mendoza, który, będąc przedtem biskupem Awili, tak życzliwą opieką otaczał pierwszy nasz klasztor Św. Józefa w Awili, i odtąd stale takąż życzliwość i łaskę Zakonowi naszemu okazywał. Za czym też, przeniósłszy się z Awili do Palencji, powziął był z natchnienia Bożego zamiar ustanowienia klasztoru tegoż Zakonu w nowej biskupiej swojej stolicy. Przybywszy do Valladolid, zaniemogłam ciężko, zdawało się śmiertelnie. Wyszłam jednak z tej choroby, tylko takie mi po niej pozostało zniechęcenie do zamierzonej fundacji i takie niepokonane uczucie zupełnej do podjęcia jej nieudolności, że mimo nalegań przeoryszy klasztoru w Valladolid, która tej fundacji pragnęła, na nic się zdobyć nie mogłam. Nie widziałam nawet sposobu, jak by się wziąć do rzeczy, zwłaszcza że klasztor miał być bez stałych dochodów, a jałmużn dostatecznych na utrzymanie jego nie można się było spodziewać, bo miasto to jest bardzo ubogie.

2. Myśl tej fundacji nie była jednak dla mnie rzeczą nową. Niespełna na rok przedtem już była o niej mowa, jak i o drugiej fundacji w Burgos i wówczas zamiarowi temu wcale nie byłam przeciwna. Dopiero teraz mnóstwo w nim znajdowałam trudności i niedogodności, choć przecie nie po co innego przyjechałam do Valladolid, jeno dla podjęcia tej fundacji. Nie wiem, czy był to skutek wielkiego osłabienia mego po chorobie, czy też diabeł chciał tym sposobem stłumić w samym zarodku szczęśliwe owoce, jakie później ta fundacja wydała. Prawdziwie dziwna to rzecz i żałosna, jak i nieraz żalę się na to przed Panem, jak biedna dusza nasza musi dzielić z ciałem jego niedołęstwa, jak gdyby zupełnie podlegała jego prawom i wszelkim potrzebom, które jemu sprawują cierpienie.

3. Jest to zdaniem moim, jedna z najdotkliwszych nędz tego życia, jeśli duch nie ma w sobie dość żarliwości i męstwa, aby umiał nad tym zapanować. Podlegać ciężkiej niemocy, znosić wielkie boleści, zapewne, że jest to cierpienie. Ale takie cierpienie, jeśli jeno dusza jest swobodna, dla mnie jest niczym; bo choć ciało jęczy, dusza wielbi Boga i dzięki Mu czyni pomnąc, że to cierpienie jest zrządzeniem i darem z Jego ręki. Ale cierpieć, a przy tym mieć duszę bezwładną, to jest rzecz straszliwa, zwłaszcza jeśli to dusza, która przedtem wielkim płonęła zapałem i żądzą nieszukania dla siebie żadnego, wewnętrznego czy zewnętrznego spoczynku, ale poświęcenia siebie bez podziału na służbę wielkiego Pana i Boga swego. Jedynym w takiej niedoli lekarstwem to cierpliwość, uznanie nędzy swojej i zdanie się na wolę Boga, aby On czynił z nami, co i jak Jemu się spodoba. W takim właśnie stanie byłam ja wówczas. Wracałam już do zdrowia, ale takie było zniemożenie moje, że żadną miarą nie mogłam się zdobyć na tę ufność i otuchę, jaką przedtem zawsze miewałam z łaski Boga, podejmując te fundacje; same tylko we wszystkim widziałam niepodobieństwa. Potrzeba mi było kogo, co by umiał dodać mi otuchy; pod jego wpływem otrząsnęłabym się z niedołęstwa mego. Z tych jednak, którzy mnie otaczali, jedni tylko większego jeszcze strachu mi napędzali, drudzy, choć dawali mi niejaką nadzieję, nie taka to jednak była nadzieja, by zdołała pokonać moją małoduszność.

4. Na szczęście moje zjechał w tym czasie do Valladolid Magister Ripalda z Towarzystwa Jezusowego, dawny przed laty mój spowiednik. Udałam się do tego wielkiego sługi Bożego, odkryłam przed nim stan mojej duszy prosząc, aby mi, jak tego pragnę, zastąpił miejsce Boga i objawił mi Jego wolę. Ojciec, wysłuchawszy mego wyznania, począł mi usilnie dodawać odwagi, twierdząc, że ta małoduszność moja jest skutkiem podeszłego mego wieku. Ja dobrze wiedziałam, że tak nie jest; dziś jestem jeszcze starsza, a przecie tego upadku na duchu, w jakim wówczas byłam, obecnie w sobie nie czuję; snadź on to rozumiał, a tylko tak mówił, upominając mię, bym się ocknęła z niedołęstwa mego i nie sądziła, że ono pochodzi od Boga. Oprócz tej fundacji w Palencji, druga jeszcze przygotowywała się w Burgos, a ani na jedną, ani na drugą żadnych nie posiadałam środków. Nie to jednak mię odstraszało, taki bowiem już był mój zwyczaj, wszędzie zaczynać z niczym, a nieraz i mniej niż z niczym. Ostatecznie, wszystko zważywszy, O. Ripalda stanowczo mi oznajmił, że pod żadnym warunkiem nie powinnam zaniechać tych fundacji. Taką samą odpowiedź miałam na krótko przedtem w Toledo od Baltasara Alvareza, tegoż Towarzystwa Jezusowego naonczas prowincjała. Na jego słowo bez wahania postanowiłam podjąć się tych fundacji; ale wówczas byłam jeszcze zdrowa.

5. Teraz przeciwnie, choć zdanie tego drugiego ojca, tym bardziej, że zupełnie zgodne z tamtym, największą u mnie miało powagę, nie zdołało ono jednak skłonić mię do stanowczego odrzucenia mych obaw i wątpliwości. Diabeł – jak mówiłam – czy też zniemożenie fizyczne trzymały mię spętaną, choć czułam się już znacznie silniejsza. Przeorysza z Valladolid, która bardzo pragnęła przyjścia do skutku fundacji w Palencji, zachęcała mię jak mogła, widząc jednak moją dla tej sprawy obojętność, nalegać nie śmiała. Ale czego ani nalegania ludzkie, ani powaga sług Bożych dokazać nie zdołały, to się w jednej chwili stało, gdy Pan raczył mi zesłać prawdziwy zapał z nieba. Z tego każdy przekonać się może, że najczęściej nie ja czynię to, co się działa w tych fundacjach, ale Ten, który mocen jest zdziałać wszystko.

6. Pewnego dnia, po Komunii świętej, pogrążona w tych wątpliwościach i nie mogąc się zdobyć na żadne postanowienie co do tych fundacji, błagałam Pana, aby mię raczył oświecić, iżbym we wszystkim tym umiała poznać i spełnić Jego wolę. W chwilach bowiem najgłębszego nawet zniemożenia i oschłości ta żądza spełnienia jedynie woli Bożej, nigdy ani na chwilę we mnie nie ustała. Wtedy Pan, jakby z wyrzutem, rzekł do mnie: Czego się boisz? Kiedy cię pomoc moja zawiodła? Jaki zawsze byłem dla ciebie, taki jestem i dzisiaj. Nie ociągaj się z założeniem tych dwu fundacji. O Boże wielki! Jakże różne są słowa Twoje od słów człowieka! W tejże chwili taką uczułam w sobie odwagę i tak silne postanowienie, że chociażby świat cały stawał mi w drodze, nie zdołałby mnie powstrzymać. Nie zwlekając ani chwili, przystąpiłam do dzieła i Pan też, jakby tylko czekał gotowości mojej, zaraz mi nastręczył potrzebne środki.

7. Wybrałam dwie siostry, których posagu chciałam użyć na kupienie domu. Co do przyszłego utrzymania klasztoru, jakkolwiek mię upewniano, że z jałmużny niepodobna nam będzie wyżyć w Palencji, ja o tym ani słyszeć nie chciałam. Ustanowienie stałego dochodu, na razie przynajmniej, było rzeczą niepodobną, a więc kiedy Bóg sam każe, aby klasztor ten był założony, sam też potrzebom jego zaradzi. Choć niezupełnie jeszcze przyszłam do siebie i choć pora zimowa nie sprzyjała podróży, postanowiłam jednak nie zwlekać z wyjazdem.

W dzień śś. Młodzianków tegoż roku wyruszyłam z Valladolid. Od Nowego Roku aż do św. Jana miałyśmy zapewnione tymczasowe pomieszczenie w domu najmowanym przez jednego pana miejscowego, który go nam ustąpił.

8. Przed wyjazdem napisałam była do jednego z kanoników w Palencji. Nie znałam go wcale, ale jego przyjaciel, którego znałam, upewnił mię, że jest to bardzo gorliwy sługa Boży, za czym i pewna byłam, że wielką z niego będę miała pomoc, licząc na tę najłaskawszą Opatrzność, jaką Pan we wszystkich tych fundacjach nade mną okazywał, iż znając mię i wiedząc, jak mało jestem zdolna, wszędzie dawał mi znaleźć kogoś, co by mi w wykonaniu dzieła Jego dopomógł. Napisałam więc do tego kanonika, prosząc go, by nam, bez najmniejszego, o ile będzie podobna rozgłosu, opróżnił dom dla nas przeznaczony, usuwając lokatora, który część jego zajmował, ale nie mówiąc mu, o co chodzi. Jakkolwiek bowiem między znaczniejszymi obywatelami Palencji miałyśmy kilku bardzo nam przychylnych, a szczególnie Biskupa, zawsze jednak uważałam, że będzie bezpieczniej nie rozgłaszać rzeczy przed czasem.

9. Kanonik Reinoso (tak się nazywał ten zacny kapłan, do którego pisałam) nie poprzestał na samym spełnieniu mojej prośby; nie tylko nam dom opróżnił, ale i zaopatrzył go w łóżka i we wszelkie wygody. Rzeczywiście były one nam potrzebne po takiej, jaką miałyśmy podróży. Zimno było przejmujące, droga uciążliwa, zwłaszcza że cały dzień jechałyśmy we mgle tak gęstej, iż prawie jedna drugiej dojrzeć nie mogła. Co prawda, odpoczynku miałyśmy niewiele, bo zaraz po przyjeździe potrzeba było zająć się przygotowaniami do Mszy, aby nazajutrz wcześnie, nimby wieść o naszym przybyciu rozeszła się po mieście, spełnienie Najświętszej Ofiary w tym nowym domu stwierdziło i nieodwołalnym uczyniło nasze w nim usadowienie się. (Z wielokrotnego doświadczenia przekonałam się, że ten jest najwłaściwszy sposób postępowania przy zakładaniu fundacji. Zwlekając bowiem i ociągając się, aż się wszyscy dowiedzą, daje się przez to ludziom powód do różnych sądów i gadań, a diabeł korzysta z tego i wznieca zamieszanie i trudności, którymi choć nic nie wskóra, zawsze jednak sieje niepokój). Tak więc, nazajutrz rano, prawie o świcie, don Porras, kapłan bardzo pobożny i nasz towarzysz w drodze do Palencji, odprawił pierwszą Mszę świętą w naszym domu, a po nim zaraz drugą don Augustin de Victoria, bardzo oddany naszym siostrom w Valladolid, który też w drodze wielkie nam świadczył przysługi i nawet pieniędzy mi pożyczył na urządzenie nowego domu.

10. Miałam z sobą cztery siostry i piątą towarzyszkę moją, która już od dawna wszędzie ze mną jeździ. Jest ona tylko konwerską, ale tak jest świątobliwa i roztropna, że większą mam z niej pomoc niż z wielu sióstr chórowych. Tej nocy, jak mówiłam, pomimo że byłyśmy znużone złą drogą i uciążliwymi przeprawami przez wody wezbrane, sen nasz był krótki.

11. Nie czułam jednak znużenia wobec pociechy, jaką mię napełniało szczęśliwe rozpoczęcie naszej fundacji i z tego też bardzo się cieszyłam, że obrzęd otworzenia jej przypadł w dniu, w którym odmawiamy oficjum o królu Dawidzie, do którego wielkie mam nabożeństwo. Tegoż samego dnia, zaraz z rana, posłałam do najprzewielebniejszego Biskupa, z doniesieniem o naszym przybyciu, którego on tak rychło się nie spodziewał. Niezwłocznie odwiedził nas z tą samą zawsze dobrocią, jaką nam od dawna stale okazuje. Obiecał nam zaopatrzyć nas w chleb, ile go będzie potrzeba i różnych innych rzeczy polecił swemu szafarzowi nam dostarczyć. Zakon nasz niezmiernie wiele mu zawdzięcza i każda, gdy czytając opis tych fundacji dowie się o tylu jego dobrodziejstwach względem nas, powinna się poczuwać do obowiązku polecania go Bogu, żywego czy umarłego, o co i na miłość Pana każdą proszę. Radość z naszego przybycia była w całym mieście tak wielka i powszechna, że słów mi nie staje na jej opisanie. Rzadko chyba zdarza się między ludźmi taka jednomyślność; wśród tych ogólnych objawów zadowolenia nie odezwał się ani jeden głos przeciwny. Zapewne, że w znacznej części przyczynił się do tego przykład Biskupa, który wielką tu ma powagę i miłość u ludzi; ale i lud sam taki jest dobry i szlachetny, jak nigdzie nie widziałam podobnego; co dzień też więcej się cieszę, że mi dano było wśród niego klasztor nasz założyć.

12. Zatrzymawszy się tymczasowo, jak mówiłam, w mieszkaniu najętym, zajęłyśmy się bezzwłocznie kupnem domu własnego. Dom, w którym stałyśmy, był wprawdzie na sprzedaż, ale zrażone niedogodnym jego położeniem, wolałyśmy poszukać innego, a z tym, co posiadały te dwie siostry, które były do nowego klasztoru wyznaczone, miałyśmy przynajmniej o czym rozpocząć targ i zawierać umowę. Była to suma niewielka, ale w takiej małej mieścinie znaczyła dużo. Ostatecznie jednak, z takim fundusikiem nie byłybyśmy doszły do końca, gdyby nie pomoc serdeczna tych dwóch przyjaciół, których Bóg nam zesłał, to jest kanonika Reinoso, o którym już mówiłam, i drugiego jemu podobnego, kanonika Salinas, męża wielkiego rozumu i serca. Obaj żyli z sobą w najściślejszej przyjaźni; obaj też wspólnie zajęli się naszą sprawą gorliwiej nawet, niż gdyby to była sprawa ich własna. Odtąd też taką samą pełną poświęcenia przychylność temu domowi naszemu okazują.

13. Jest w Palencji bardzo miła kaplica czy pustelnia pod wezwaniem Matki Boskiej Nadrożnej; wszystko miasto i cała okolica wielkie ma do niej nabożeństwo i mnóstwo ludu tam się schodzi na modlitwę. Biskup i wszyscy nam życzliwi byli zdania, że najlepiej nam będzie osiedlić się przy tej kaplicy. Zabudowań mieszkalnych kaplica ta nie posiadała, ale były w pobliżu dwa domy, które mogłyśmy kupić, a które połączone w jedno, wystarczyłyby na pomieszczenie nas wraz z domowym oratorium. Kościółek ten należał do kapituły i do bractwa przy nim istniejącego; do nich więc naprzód się zwróciłyśmy z prośbą o ustąpienie nam kościółka. Kapituła od razu zgodziła się najłaskawiej na to ustępstwo; ze starszymi bractwa porozumienie się szło nieco trudniej, ale i oni, po niejakim wahaniu, zrzekli się praw swoich na rzecz naszą, bo jak już mówiłam, w życiu moim nie widziałam ludu tak poczciwego, jak ten lud w Palencji.

14. Chodziło teraz o nabycie owych dwu domów; ale właściciele, widząc, że mamy na nie ochotę, podwyższyli ich cenę, czemu się nie dziwię. Gdy jednak poszłam sama te domy obejrzeć, wydały mi się one tak niedogodne, i nie tylko mnie, ale i tym, którzy nam towarzyszyli, że wszelką do nich chęć straciłam. Jasno potem się okazało, że zniechęcenie to, niesłuszne w znacznej części, pochodziło z poduszczenia złego ducha, któremu nasze osiedlenie się w tym miejscu bardzo się nie podobało. Kanonicy nasi, podzielając moje uprzedzenie, popierali je jeszcze uwagą, że domy te daleko są od katedry, co było prawdą, ale za to leżą one w części miasta najgęściej zaludnionej. Ostatecznie wszyscy jednozgodnie uznaliśmy, że miejsce to nie jest dla nas przydatne i że trzeba poszukać innego. Zajęli się tym natychmiast obaj kanonicy z taką niestrudzoną pilnością i troskliwością, że z głębi duszy za tę ich dobroć dziękowałam Panu. Wszystkie domy obeszli, nie opuszczając żadnego, o ile tylko mógł się wydawać odpowiedni, aż wreszcie jeden, należący do niejakiego Tamayo, uznali za najlepszy. Dom ten po części w dobrym był stanie i można było zająć go od razu, a graniczył z domem jednego pana możnego, Suero de Vega, który podobnie jak wielu innych w sąsiedztwie szczerze nam, sprzyjał i bardzo pragnął naszego osiedlenia się w tej stronie.

15. Rozmiary jednak tego domu były dla nas za szczupłe i nawet w połączeniu z drugim obok, który nam ofiarowano, jeszcze nie starczyły na wygodne pomieszczenie. Polegając na opisach i sprawozdaniach, jakie mi o tym domu dawano, pragnęłam już prędzej zawrzeć z właścicielem umowę. Kanonicy jednak żądali koniecznie, bym go pierwej sama zobaczyła. Ufając im zupełnie, a mając wstręt do pokazywania się na mieście, broniłam się od tego żądania jak mogłam, w końcu jednak musiałam ustąpić i poszłam. Po drodze wstąpiłam jeszcze do tamtych dwu domów przy kaplicy Matki Boskiej, nie w zamiarze nabycia ich, ale jedynie dla pokazania właścicielowi tego domu, o który chcieliśmy się umówić, że nie jesteśmy zależni od jego łaski, że mamy w czym wybierać. Domy te, jak już mówiłam, i mnie, i siostrom mi towarzyszącym wydały się zupełnie nieprzydatne. Dziś jeszcze nie możemy wyjść z podziwienia, jakim sposobem to się stać mogło, że pomieszczenie to, z którego dzisiaj zupełnie jesteśmy zadowolone, wówczas nam wszystkim tak się nie podobało. Pod wpływem tego uprzedzenia i w przekonaniu, że nie mamy innego wyboru, poszłyśmy do tamtego domu, z powziętym z góry zamiarem kupienia go za wszelką cenę. Przedstawiał on jednak rażące trudności i niedogodności, którym nie byłoby sposobu zaradzić. Chcąc, na przykład, urządzić w nim kaplicę, i to jeszcze szczupłą i ciasną, potrzeba by zburzyć całą jedną część domu, skutkiem czego nie byłoby gdzie mieszkać.

16. Ale na to wszystko wówczas nie zważałyśmy; taka to jest dziwna siła uprzedzenia i raz powziętego postanowienia! Co prawda, błąd ten, choć wówczas nie ja sama jemu uległam, był mi na przyszłość nauką, bym mniej dowierzała samej sobie. Stanęło więc na tym, że weźmiemy ten dom, a nie inny; zgodziliśmy się i na żądaną cenę, choć bardzo wygórowaną, i właściciela mieszkającego gdzieś pod miastem, listownie o tym zawiadomiliśmy.

17. Dziwicie się może, siostry, że tak szeroko się rozwodzę nad rzeczą na pozór tak błahą, jaką jest kupno domu; ale rzecz ta już nie wyda się błahą, gdy z przebiegu jej zobaczycie, jakich to sposobów używał i z jaką złością usiłował diabeł przeszkodzić nam, byśmy nie zamieszkały przy tym kościółku Matki Boskiej. Ja dziś jeszcze drżę cała na samo o tym wspomnienie.

18. Nazajutrz po owym postanowieniu naszym kupienia tego domu, w czasie Mszy świętej przyszła mi nagle silna wątpliwość, czy też dobrze zrobiliśmy, i taki mię na tę myśl ogarnął niepokój, że przez cały czas Mszy świętej rady sobie dać nie mogłam; wciąż mi stal przed oczyma tamten dom Najświętszej Panny. Tak przystąpiłam do Komunii; aż oto w chwili przyjęcia jej usłyszałam w sobie te słowa: Ten jest dom, który wziąć powinnaś.

Słowa te tak były wyraźne i stanowcze, że pod ich wrażeniem natychmiast uczułam w sobie niezmienne postanowienie bezwarunkowo nabyć one domy przy pustelni, a zaczętej umowy o tamten zupełnie zaniechać.

Przewidywałam wprawdzie, jak trudno będzie wycofać się z umowy już zrobionej i jaka to będzie przykrość dla tych, którzy tyle położyli zachodu około wynalezienia tego domu i naszego w nim osiedlenia się pragnęli, ale Pan odpowiedział mi na to: Nie wiedzą oni, ile tam dzieje się złego z ciężką obrazą moją, wasz klasztor skutecznie temu zaradzi.

Przyszła mi jeszcze myśl, czy nie jest to złudzenie; ale ani na chwilę przypuścić tego nie mogłam, jasno rozumiejąc po skutkach, jakie we mnie sprawiły te słowa, że pochodziły one z ducha Bożego. Pan też, utwierdzając mię w tym przekonaniu, zaraz rzekł do mnie: To ja jestem.

19. Zostałam zupełnie uspokojona; wątpliwości, które mię przedtem dręczyły, znikły bez śladu. Nie widziałam jeszcze sposobu, jak naprawić to, co się stało i jak wytłumaczyć siostrom tę nagłą zmianę, bo dotąd ze wstrętem odzywałam się przed nimi o tym domu mówiąc im, że za nic w świecie nie życzyłabym sobie, byśmy go bez obejrzenia kupiły. O siostry jednak mniej się troszczyłam, wiedząc z góry, że wszystko uznają za dobre, cokolwiek ja uczynię; obawiałam się więcej złego wrażenia, jakie to postanowienie mogło sprawić u drugich, którzy za tamtym kupnem obstawali. Widząc takie nagłe moje przerzucanie się z jednego zamiaru w drugi, mogli mię posądzać o lekkomyślność i zmienność, a są to wady, którymi właśnie się brzydzę. Wszystkie jednak te względy i obawy nie zdołały ani na chwilę zachwiać mnie w postanowieniu założenia siedziby naszej w domu Najświętszej Panny. Wszelkie też niedogodności, jakie w nim spostrzegłam, znikły mi z oczu, bo wszelkie niewygody i wszelkie sądy ludzkie niczym były dla mnie wobec tej myśli, że osiedlenie się nasze i zamieszkanie sióstr w tym miejscu zdoła zapobiec choćby jednemu grzechowi powszedniemu, i każda z nich, gdyby była słyszała to, co ja słyszałam od Pana, tak samo by, pewna tego jestem, postąpiła.

20. Chcąc jednak ile możności zapobiec zgorszeniu, jakie przyjaciele nasi z pozornej zmienności mojej wziąć mogli, takiego ku temu użyłam sposobu. Spowiadałam się u kanonika Reinoso, jednego z tych dwu, którzy mi z takim poświęceniem siebie w tej fundacji pomagali. Dotąd nie mówiłam mu jeszcze o łaskach nadzwyczajnych, takich jak to ostatnie objawienie, których Pan mi użycza; nigdy do tego czasu nie było sposobności ku temu ani potrzeby. Teraz jednak, pragnąc iść drogą bezpieczną, jak zawsze w takich zdarzeniach, postanowiłam zasięgnąć rady spowiednika i postąpić według jego zdania. Uznałam więc za konieczne powiedzieć kanonikowi, pod sekretem spowiedzi, jaki rozkaz otrzymałam od Pana. Przyznaję, że niewypowiedzianą byłabym miała trudność w zastosowaniu się w tym razie do zdania spowiednika, gdyby mi kazał postąpić przeciwnie temu, co słyszałam od Pana. Ostatecznie jednak gotowa byłam uczynić, cokolwiek mi rozkaże, pokładając wszystką ufność moją w Panu, który, jak tego po wiele razy doświadczyłam, umie w danym zdarzeniu odmienić serce spowiednika, iż choćby zrazu był innego zdania, w końcu jednak postąpi zgodnie z Jego wolą.

21. Powiedziałam mu więc naprzód, jako Pan zwykł często w taki sposób mię nauczać i jako dotąd zawsze okazało się w skutkach, że słowa, które słyszę, niewątpliwie pochodzą z ducha Bożego. Potem opowiedziałam mu to ostatnie moje objawienie, dodając jednak, że w każdym razie, choćby mi to przyszło z trudnością, postąpię tak, jak on uzna, że postąpić powinnam. Na to kapłan ten zarówno świątobliwy, jak i, mimo swojego młodego wieku, roztropny, odpowiedział mi, że chociaż przewiduje, jak mię za tę nagłą zmianę palcami wytykać będą, wszakże nie chce tego wziąć na siebie, by mi zabraniał postąpić wedle słów, które słyszałam. Zapytałam go jeszcze, czy pozwoli, bym się wstrzymała z objawieniem mojego zamiaru aż do powrotu posłańca, wyprawionego przez nas do właściciela tamtego domu. Zgodził się na to; ja zaś niezachwianą miałam ufność, że Bóg tymczasem w jaki bądź sposób otworzy mi wyjście z tej trudności i nie zawiodłam się. Właściciel, choć zgodziliśmy się na jego cenę i gotowi byliśmy zapłacić tyle, ile sam chciał, teraz nagle z nową występował pretensją, żądając jeszcze trzysta dukatów dopłaty. Było to żądanie nie tylko nieuczciwe, bo skoro sam postawił cenę, a my na nią się zgadzaliśmy, nie miał już prawa jej podwyższać, ale i ze względu na własny jego interes bardzo niemądre, bo do sprzedaży nagliła go potrzeba, a suma, którą mu mieliśmy zapłacić i tak o wiele przewyższała wartość domu. Jawne w tym widzieliśmy zrządzenie Boże, podające nam tak łatwy i prosty sposób wycofania się z danej niebacznie obietnicy. Wlaścicielowi oznajmiliśmy, że uważamy umowę za zerwaną, podając za powód, że postępowaniem swoim przekonał nas, iż z nim nie można dojść do końca, choć nie był to powód główny zerwania umowy, bo gdyby chodziło tylko o te trzysta dukatów, rzecz jasna, że nie byłoby racji dla nich wyrzekać się kupna tego domu, o ile byśmy go skądinąd znajdowały odpowiednim na urządzenie w nim klasztoru.

22. Po takim szczęśliwym uchyleniu tej głównej trudności, widząc spowiednika mojego zafrasowanego przewidywaniem powszechnego zdziwienia i niekorzystnych sądów, jakie z ujmą dla sławy mojej z tej nagłej zmiany wyniknąć mogą, prosiłam go, aby skoro uznaje, że powinnam tak postąpić, jak Pan mi powiedział, o mnie i o sławę moją już się nie troszczył. Dodałam tylko prośbę, by towarzyszowi swemu oznajmił, że postanowiłam i koniecznie chcę, bez względu czy drogo, czy tanio, czy cały, czy zrujnowany, kupić ten dom Najświętszej Panny. Kanonik Reinoso spełnił prośbę moją, a tamten przyjął to oznajmienie w milczeniu. Snadź niepospolicie bystrym rozumem swoim odgadł, choć się do tego nie przyznał, jaki powód mię skłonił do takiej nagłej zmiany. Nigdy też najmniejszej nie uczynił mi z tego powodu uwagi czy wyrzutu.

23. Wszyscy później przekonaliśmy się, jak wielki bylibyśmy popełnili błąd, gdybyśmy kupili tamten dom. Ten, który z łaski Boga mamy, nad wszelkie spodziewanie nasze okazuje się zupełnie dogodny i pod każdym względem lepszy od tamtego, nie mówiąc już o tym, co rzecz główna, że Boski nasz Zbawiciel i Najświętsza Jego Matka teraz w nim, jak każdy to widzi, cześć i wierną służbę odbierają i że dawne okazje do obrazy Bożej już w nim miejsca nie mają. Przedtem, póki to miejsce było tylko samotną pustelnią, odbywały się w niej nieraz schadzki nocne, które mogły dawać powód do różnych grzechów. Dlatego właśnie diabeł z taką złością i chytrością zwodził nas i naszemu tu osiedleniu się przeszkadzał, nie chcąc dopuścić tego, by zgorszenia te miały ustać. My zaś tym bardziej się cieszymy, że możemy w czymkolwiek przyczynić się do chwały niebieskiej naszej Matki, Pani i Orędowniczki. To tylko wielka szkoda, żeśmy się tak późno spostrzegli; trzeba było wziąć dom ten od razu, nie tracąc czasu na szukanie innego. Jasno teraz widzę, do jakiego stopnia zły duch w tej sprawie mię zaślepiał, bo mamy w tym domu takie dogodności, jakich byśmy daremnie szukały gdzie indziej. Lud też wszystek, jak pragnął założenia naszego klasztoru w tym poświęconym ustroniu Matki Boskiej, tak teraz niezmiernie z niego się cieszy, a i ci nawet, którzy pierwej za tamtym domem obstawali, teraz uznają, że w tym jest daleko lepiej.

24. Niech będzie błogosławiony na wieki Ten, który raczył mię w tej potrzebie oświecić, jak i w każdym innym zdarzeniu. Jeśli kiedy zdołam uczynić co dobrego, jedynie oświeceniu Jego to zawdzięczam, bo coraz bardziej i z coraz większym przerażeniem widzę, jak zupełnie niezdolna jestem do niczego. Proszę nie sądzić, bym mówiła to tylko przez pokorę, mówię to z prawdziwego, z każdym dniem coraz jaśniejszego przeświadczenia. Taka jest snadź wola Pana, bym się przekonała i by przekonali się wszyscy, iż On sam działa i sprawuje te rzeczy i jako ślepemu, błotem pomazawszy oczy jego, wzrok przywrócił, tak i takiemu ślepemu jak ja stworzeniu raczy niekiedy oczy otworzyć, abym tego, co mi czynić każe, nie czyniła na ślepo. W tym zdarzeniu, rzecz pewna, wielka była ślepota moja, i ile razy na to wspomnę, chciałabym wciąż na nowo dzięki czynić Panu, że mię tak miłościwie oświecił. Ale i dziękować Jemu, tak jak powinnam, nie umiem; nie wiem doprawdy, jak On jeszcze mię znosi. Niech będzie błogosławione miłosierdzie Jego, amen.

25. Jak tylko stanęło na tym, że kupimy te dwa domy przy pustelni, dwaj oni święci miłośnicy Najświętszej Panny zaraz o nie targ wszczęli i w końcu, zdaniem moim, tanio je nabyli. Ale kłopotu z tym i zachodu mieli niemało, bo tak się Panu podoba, że w każdej z tych fundacji hojną nadarza sposobność do cierpienia i zasługi tym, którzy nam do nich pomagają; ja jedna tylko nic nie robię, jak już mówiłam i chciałabym wciąż to powtarzać, bo tak jest. Po ciężkich zachodach przy targowaniu tych domów, nowe jeszcze i nie mniejsze ponieśli z urządzeniem ich dla nas, które całe sami wzięli na siebie. I potem jeszcze na pierwsze potrzeby pieniędzy mi dali, wiedząc, że ich nie mam, i za nas poręczyli, co za szczególną z ich strony dobroć sobie poczytuję, bo w innych miejscach niemały miewam kłopot, nim znajdę poręczyciela, choćby na mniejszą sumę. I nie dziw, że ludzie uchylają się od takiej posługi, bo ja zwykle zaczynam bez grosza w kieszeni i jedynym poręczyciela zabezpieczeniem jest ufność w pomoc Pana. Ale Pan zawsze dotąd czynił mi tę łaskę, że żaden z tych, co za nas ręczyli, nie miał na tym straty i zawsze znalazło się z czego spłacić należność do ostatniego szeląga, w czym uznaję szczególny dowód miłościwej nad nami Jego Opatrzności.

26. Właściciele domów naszych na poręczeniu obu kanoników poprzestać nie chcieli; ci więc udali się o pomoc do oficjała; nazywał się, jeśli się nie mylę, Prudencio. Wówczas nazywaliśmy go zawsze tylko oficjałem, więc właściwego nazwiska jego nie wiedziałam i dziś tak je podaję, jak je słyszę od innych. Dostojnik ten nadzwyczajną nam dobroć okazał i bardzo wiele jemu zawdzięczamy. Kanonicy spotkali go po drodze, wyjeżdżającego gdzieś na mule. Na zapytanie jego, dotąd idą, odpowiedzieli mu, że szli do niego i że proszą go, aby położył podpis swój na ich poręczeniu. Jak to, odrzekł śmiejąc się, o porękę na taką wielką sumę tak mię bez ceremonii napastujecie na ulicy? I natychmiast, nie zsiadając nawet, podpisał się na podanym mu dokumencie. Była to zaiste rzadka, jak na te czasy, hojność i wspaniałomyślność.

27. Nie mogę tu pominąć bez należnej i jak najgorętszej pochwały tylu dowodów życzliwości i miłości, jakich w Palencji doznałam, bądź od pojedynczych osób, bądź od całej ludności w ogóle. Była to miłość godna pierwszych początków Kościoła, a przynajmniej nie bardzo dzisiaj powszechna na świecie. Wiedzieli, że żadnych nie mamy funduszów, że sami będą musieli nas żywić, a przecie nie tylko nie bronili nam osiedlenia się między nimi, ale jeszcze cieszyli się z niego, jakby z łaski największej od Boga. Jakoż, w świetle wiary patrząc na rzeczy, mieli słuszność; bo chociażby z tego klasztoru naszego nie mieli żadnego innego pożytku niż ten, że przybył im jeden więcej kościół, w którym się przechowuje Najświętszy Sakrament, to samo już jest łaską bardzo wielką.

28. Ale, niech za to wieczne będą dzięki Panu, nie jest to jedyna korzyść, jaką z nas miasto odniosło, bo jak to wszyscy coraz jaśniej widzą, odbiera teraz Bóg w tym miejscu cześć należną. Ustały różne niewłaściwości, jakie dawniej tu się zdarzały, gdyż wśród mnóstwa ludu, jakie się do tej pustelni na nocne nabożeństwa schodziło, nie wszyscy przychodzili dla nabożeństwa; dziś tu już o takich rzeczach nie słychać. Obraz także Najświętszej Panny w wielkim przedtem był nieposzanowaniu. Teraz umieszczony jest ze czcią należną w osobnej kaplicy, którą biskup Alvaro de Mendoza dla niego postawił, i wiele innych tym podobnych ulepszeń powoli się dopełnia, na cześć i chwałę Matki Boskiej i Boskiego Jej Syna, któremu niech będzie dziękczynienie i uwielbienie na wieki, amen, amen!

29. Gdy już nowy klasztor stanął gotów na przyjęcie nas, biskup postanowił, że przeprowadzenie nasze ma się odbyć jak najuroczyściej. Wybrał na to dzień oktawy Bożego Ciała i sam na ten dzień zjechał z Valladolid. Kapituła, Zakony i wszyscy niemal mieszkańcy uczestniczyli w tej uroczystości z muzyką na czele. Z domu, w którym tymczasowo mieszkałyśmy, przeszłyśmy procesjonalnie, w płaszczach białych i ze spuszczoną na oczy zasłoną, do położonego w pobliżu pustelni kościoła parafialnego, gdzie zastałyśmy nasz obraz Najświętszej Panny, z kaplicy na spotkanie nasze przeniesiony, jak gdyby najłaskawsza Pani nasza sama wyszła na nasze powitanie. Biskup wziął w ręce Najświętszy Sakrament i w uroczystej procesji wprowadził go do naszej kaplicy i umieścił na ołtarzu. Był to widok niezmiernie budujący. My na tej uroczystości byłyśmy w większej liczbie obecne, bo prócz sióstr miejscowych szły z nami także, ze świecami w ręku, siostry sprowadzone na fundację w Soria. Piękny tego dnia, jak sądzę. Boski Pan nasz odebrał w tym mieście hołd czci i uwielbienia; niech Mu z łaski Jego będzie chwała na wieki od wszystkiego stworzenia, amen, amen.

30. W czasie mego pobytu w Palencji, nastąpiło odłączenie Karmelitów Bosych od Trzewiczkowych, skutkiem czego stanowią odtąd dwie prowincje oddzielne. Było to najgorętszym życzeniem naszym, w interesie zgody zobopólnej i naszej spokojności. Za wstawieniem się naszego króla katolickiego Filipa II, otrzymaliśmy z Rzymu bardzo obszerne Brewe w tym przedmiocie i Najjaśniejszy Pan, jak sam miłościwie tej sprawie dał początek, tak i w dalszym jej przeprowadzeniu swoją królewską łaskę i nadzwyczajną przychylność nam okazywał. Zebrała się w Alkali kapituła zwołana przez wielebnego ojca Juana de las Cuevas, naonczas przeora w Talavera, z Zakonu św. Dominika, któremu Rzym, na przedstawienie króla, zlecił wykonanie brewe papieskiego. Był to mąż bardzo świątobliwy i roztropny, taki jakiego do tej sprawy tak ważnej było potrzeba. Król własnym kosztem swoim całe Zgromadzenie podejmował i, z jego rozkazu, miejscowy także Uniwersytet wszelkie onemuż czynił ułatwienia. Kapituła zasiadała w klasztorze, jaki tam posiadają nasi Bracia Bosi, pod wezwaniem św. Cyryla. Wszystko odbyło się w najpiękniejszej jedności i zgodzie. Prowincjałem został obrany Ojciec Hieronim Gracián od Matki Bożej.

31. Bliższe szczegóły i cały przebieg obrad Ojcowie sami na innym miejscu opiszą, nie mam więc potrzeby dłużej tu nad nimi się rozwodzić. Dlatego tylko pokrótce o tym wspomniałam, że byłam obecna w Palencji w chwili, gdy Pan taki szczęśliwy dał koniec tej ważnej sprawie, na cześć i chwałę Najśw. Matki swojej, boć to własny Jej Zakon i Ona jest naszą Panią i Patronką. Radość, jakiej wówczas doznałam, liczę do największych, jakie w życiu moim otrzymać mogłam. Więcej niż 25 lat znosiłam trudy, prześladowania i utrapienia, o których długo byłoby opowiadać; Panu samemu wiadomo, ile ich było i jak ciężkie. Teraz więc, gdy wszystko to przeszło i szczęśliwy koniec wzięło, taka radość zalała serce moje, jaką ten tylko mógłby zrozumieć, kto by wiedział, ile wycierpiałam. O, jak gorąco pragnęłam tego, by wszystek świat połączył się ze mną w jedno wielkie Panu dziękczynienie, by wszyscy ze mną żarliwie do Niego zanosili modlitwy za pobożnym królem naszym Filipem, za którego sprawą łaska Pańska tak szczęśliwie nas ocaliła od grożącej nam zguby. W tej bowiem wielkiej zawierusze, którą diabeł na nas wzniecił, wszystka praca nasza byłaby poszła wniwecz, gdyby nie to, że król nas wziął w swoją opiekę.

32. Teraz już wszyscy, i Trzewiczkowi i Bosi, w zgodzie jesteśmy z sobą i pokój mamy; nikt już nam nie przeszkadza służyć Panu. Wszyscy więc, bracia moi i siostry, kwapmy się pracować na chwałę Boskiego Majestatu Jego, kiedy tak łaskawie raczył wysłuchać nasze prośby.

My dziś żyjący, świadkowie naoczni tych cudownych spraw Pańskich, pomnijmy na łaski, jakie nam uczynił, na uciski i utrapienia, z których nas wyzwolił. A którzy przyjdą po nas, mając już przed sobą drogę utorowaną i równą, niechaj niczego nie zaniedbają, cokolwiek do doskonałości naszego stanu należy. Oby nigdy nie powiedziano o nich, co czasem słyszy się o innych Zakonach: tak, kiedyś początki ich były piękne i chwalebne. Ale jak my dziś zaczynamy, tak niechaj oni usiłują zaczynać wciąż na nowo, coraz dalej ku coraz lepszym rzeczom postępując. Niechaj pomną, że korzystając z uchybień naszych w rzeczach małych, diabeł powoli otwiera sobie wyłomy i podkopy, którymi potem wciskają się rzeczy coraz większe. Niechaj nigdy nie mówią sobie: “to rzecz małej wagi, to przesadna, niepotrzebna surowość”. O córki moje, nie jest rzeczą małej wagi, cokolwiek nas wstrzymuje w postępie do wyższej doskonałości!

33. Na miłość Pana naszego proszę was wszystkie, pomnijcie, jak prędko wszystko na tym świecie się kończy, jak wielką łaskę uczynił nam Pan, powołując nas do tego Zakonu, jak ciężka kara spotkałaby każdą, która by dała początek jakiemu tej świętej Reguły naszej zwolnieniu. Miejmy raczej wciąż przed oczyma ten ród święty, z którego pochodzimy. Jesteśmy duchowym potomstwem owych błogosławionych Proroków i Ojców, potomstwem tylu chwalebnych przodków naszych, którzy tu na ziemi nosili ten nasz habit, a dziś chwałą przyobleczeni czekają nas w niebie! Zdobywajmyż się na świętą zuchwałość, postanówmy sobie i usiłujmy za łaską Boga stać się świętymi jak oni. Walka, siostry moje, nie będzie długa, a koniec jej wieczny. Porzućmy te rzeczy ziemskie, które są samą nicością, a miłujmy jedynie te rzeczy, które same mają byt i istność prawdziwą, bo trwają wiecznie, abyśmy coraz usilniej dążąc do osiągnięcia ich, coraz wierniej służyły Temu, coraz goręcej kochały Tego, który żyje na wieki wieczne, amen, amen.

Niech Bogu będą dzięki.