Księga fundacji - Strona 25 z 34 - Dumanie.pl - blog osobisty | o. Mariusz Wójtowicz OCD

Księga fundacji

parallax background
fot. rtve.es

 

Rozdział XXIII



O fundacji Karmelu Św. Józefa w mieście Sewilli, w dzień Świętej Trójcy, roku 1575.

1. W czasie gdy jeszcze pozostawałam w Beas, czekając na wydanie mi przez Radę Zakonów upoważnienia do założenia klasztoru w Karawace, odwiedził mię tamże jeden z Ojców naszego Zakonu, Karmelita Bosy, który zaledwo na parę lat przedtem przywdział nasz habit, przebywając wówczas w Alkali. Był to Magister Hieronim od Matki Bożej, Gracián, mąż głębokiej nauki, bystrego rozumu i rzadkiej przy tym skromności; całe życie jego było jednym pasmem cnót niepospolitych. Snadź Najświętsza Panna sama go wybrała dla dobra tego naszego Zakonu i przywrócenia w nim ducha pierwszych jego założycieli. Już w czasie gdy odbywał nauki w Alkali, miał postanowienie zostać zakonnikiem, choć o naszym Zakonie wówczas zgoła nie myślał. Rodzice jego, mając wielkie łaski u Króla i świetne budując nadzieje na wysokich jego zdolnościach, inne względem niego mieli zamiary, których on jednak bynajmniej nie podzielał. Gdy rozpoczynał nauki, ojciec jego chciał, by studiował prawo, ale młodzieniec głęboko, nad wiek swój, zmartwiony tym postanowieniem ojca, dopóty go błagał ze łzami, póki nie uzyskał pozwolenia słuchania teologii.

2. Otrzymawszy stopień magistra, wszczął starania o dopuszczenie go do Towarzystwa Jezusowego i ci gotowi byli go przyjąć, ale z powodu pewnych, jakie zaszły trudności, kazali mu poczekać kilka dni. Wczasy i przyjemności, jakich używał na świecie, prawdziwą, jak mi mówił, były dla niego męką. Zdawało mu się, że nie ta jest pewna droga do nieba; choć i w tym świeckim życiu swoim miał stałe godziny przeznaczone na modlitwę i, obok ustawicznego skupienia ducha, najsurowszej przestrzegał czystości obyczajów.

3. W tymże czasie jeden wielki jego przyjaciel, także magister, wstąpił do klasztoru naszego Zakonu w Pastranie, gdzie przybrał imię Jana od Jezusa. Czy to wskutek listu, jaki ten przyjaciel do niego napisał, wysławiając mu wysoką dostojność i starożytność Karmelu, czy z innej jakiej przyczyny, nie wiem, dość, że od tego czasu Gracián dziwnie ten Zakon nasz ukochał. Niewypowiedzianą sprawiało mu rozkosz czytanie wszelkich o nim wiadomości i stwierdzanie ich świadectwami i orzeczeniami wielkich doktorów. Nieraz mówił mi, że aż skrupuł miał w sumieniu, iż dla tego ulubionego przedmiotu innych nauk swoich zaniedbuje, tak się od niego nie mógł oderwać; wszystkie chwile wolne zapełniał tym czytaniem. O mądrości, o mocy Boga! Jakże daremnie miota się człowiek, chcąc się uchylić od tego, co jest Jego wolą! Widział Pan, “jak bardzo potrzebny był do tego dzieła, które On sam w boskiej swej łaskawości rozpoczął, człowiek taki, jakim się okazał O. Gracián. Ile razy na to wspomnę, uwielbiam zawsze dobroć Jego za tę wielką łaskę, jaką nam uczynił, dając nam tego Ojca. Gdybym i najgoręcej była prosiła Pana o przysłanie nam kogo, co by umiał do należnego porządku doprowadzić wszystkie sprawy naszego Zakonu w tych pierwszych jego początkach, nigdy bym nie zdołała prosić tyle, ile On sam w tym razie nam darował. Niech za to będzie błogosławiony na wieki!

4. Zdarzyło się w tym czasie, że O. Gracián, choć daleki jeszcze od myśli przywdziania naszego habitu, udał się, jak go o to proszono, do Pastrany, dla umówienia się z przeoryszą naszego klasztoru, wówczas jeszcze nie przeniesionego stamtąd do Segowii, o przyjęcie jednej aspirantki. O jakże dziwnych Opatrzność Boża umie używać środków dla osiągnięcia swoich celów! Gdyby O. Gracián był wyjeżdżał z powziętym już zamiarem wstąpienia do naszego Zakonu, snadź niejeden ze znajomych i przyjaciół jego byłby mu odradzał tego kroku i od postanowienia go odwiódł. Ale Najświętsza Panna, Pani nasza, za żarliwą pobożność, jaką dla Niej pała, chciała go wynagrodzić, dając mu swój habit. Ona to, nie wątpię o tym, przyczyną swoją wyjednała mu u Boga tę łaskę, że tak gorąco ukochał nasz Zakon, że w końcu do niego wstąpił. Nie kto inny, pewna tego jestem, to sprawił, jeno ta Panna Najchwalebniejsza, nie chcąc, by ten, który tak żarliwie pragnął Jej służyć, był pozbawiony sposobności spełnienia tej świętej swojej żądzy, bo taka jest ta Pani, że łaskami swymi obsypuje każdego, kto się ucieka pod Jej obronę.

5. Uciekał się do Niej młodzieniec od lat dziecinnych. Gdy był jeszcze chłopcem, z domu rodzicielskiego w Madrycie rad chodził modlić się przed obrazem Matki Boskiej, do którego szczególne miał nabożeństwo. Obraz ten, umieszczony nie pamiętam w którym kościele, nazywał “kochaniem swoim”, i nawiedzał go jak najczęściej. Snadź Ona za to wyprosiła mu u Syna swojego tę niepokalaną czystość serca, jaką się odznaczał całe życie. Nieraz, powiadał mi, oczy miał spuchłe od łez, nie mogąc się powstrzymać od rzewnego płaczu na wspomnienie tylu grzechów, jakimi ludzie obrażają Boskiego Jej Syna. Stąd rodził się w nim niepowstrzymany zapał ratowania dusz; stąd głęboka boleść, jaka przenikała duszę jego na widok obrazy Bożej. Ta żądza zbawienia dusz tak go całego pochłania, że dla duchowego pożytku bliźniego wszelki trud i wszelkie cierpienie wydaje mu się niczym. Wiem o tym z własnego doświadczenia, bo sama w różnych zdarzeniach patrzyłam na to, ile dla tej apostolskiej gorliwości swojej ochotnie ucierpiał.

6. Takim więc jakby podstępem przez Najświętszą Pannę pociągnięty, wybrał się O. Gracián do Pastrany w tym przekonaniu, że jedzie tam jedynie po to, aby wyprosił habit dla znajomej aspirantki. Ale Bóg go tam prowadził po to, aby jego samego w habit przyodział. O słodkie tajniki dróg Bożych! Jakże wdzięcznie i jak skutecznie umie On, mimo woli naszej, przysposobić nas do przyjęcia łask, jakie nam gotuje! Jakże hojnie odpłacił tej duszy za święte jej uczynki, za dobry przykład, jaki ze siebie dawała, a zwłaszcza za żarliwą jej żądzę służenia błogosławionej Jego Matce! Bo zawsze, jak sądzę, czcicielom swojej Matki Pan w taki sposób się wywdzięcza, zlewając na nich szczególne swoje łaski.

7. Przybywszy tedy do Pastrany, udał się do przeoryszy i wstawiał się do niej za ową aspirantką, aby ją przyjęła; ale skutek mowy jego był taki, jak gdyby raczej był przemawiał za sobą, aby ona wyprosiła u Pana własne jego do Zakonu wstąpienie. O. Gracián ma tę szczególną łaskę od Boga, że dziwną słodyczą całej swojej postawy i sposobem zachowania się wszystkich pociąga do siebie. Rzadko chyba ktoś się znajdzie, kto by go poznawszy, nie pokochał. Stąd też wszyscy jego podwładni, zakonnicy zarówno jak i zakonnice, nadzwyczajnie są do niego przywiązani. Jakkolwiek bowiem w swej gorliwości o dobro i wzrost duchowy Zakonu (którą posiada w najwyższym stopniu) żadnemu uchybieniu nie przepuszcza, taką jednak same upomnienia umie zaprawiać miłą słodyczą, że nigdy nikogo nie urazi ani mu da powodu do żalu.

8. Dlatego i na przeoryszy w Pastranie od pierwszego spotkania takie jak i na wszystkich wywarł wrażenie. Tak była nim zachwycona, że od razu powstało w niej najgorętsze pragnienie, aby mąż taki, tylu niepospolitymi zaletami ozdobiony, wstąpił do naszego Zakonu. Zwierzyła się siostrom z tą myślą, przedstawiając im, jaki by to był niezmiernie ważny nabytek dla poczynającego się Zakonu, posiadającego wówczas jeszcze mało kogo, czyli raczej nie posiadającego prawie nikogo, kto by takiej znakomitości dorównał. Poleciła im zatem, aby wszystkie wspólne do Pana zanosiły modlitwy, aby go z Pastrany nie wypuszczał i skłonił go do przywdziania habitu.

Przeorysza ta jest wysoko świątobliwą służebnicą Bożą i sama już jej jednej modlitwa niezawodne, mniemam, znalazłaby wysłuchanie u Pana. Jakże więc bardziej jeszcze skutecznymi musiały być połączone prośby tylu dusz tak pobożnych, zgromadzonych w tym klasztorze! Wszystkie one bardzo sobie wzięły do serca to zalecenie; ustawiczne, przy gorącej modlitwie, zadawały sobie posty i biczowania na uproszenie u Pana tej łaski. Jakoż Pan w łaskawości swojej raczył wysłuchać ich prośby. Zaszedłszy w odwiedziny do klasztoru braci, na widok panującej w nim doskonałej ścisłości zakonnej i całego jego urządzenia, dziwnie ułatwiającego wyłączne oddanie się służbie Bożej, a szczególnie na myśl, że jest to Zakon Matki Boskiej, dla chwały której tak gorąco pragnął się poświęcić, Gracián uczuł w sobie wewnętrzne natchnienie i silną pobudkę, by już nie wracał do świata. Wiele mu, dla odstręczenia go od tej myśli, diabeł nasuwał trudności. Najboleśniejsze zwłaszcza było mu wspomnienie na smutek, jaki swoim odejściem sprawi rodzicom, którzy go bardzo kochali i mając wiele synów i córek, na niego najwięcej liczyli, iż będzie podporą całego swego rodzeństwa. Ale mężnie idąc za głosem powołania, zdał tę troskę na Boga, dla którego opuszczał wszystko, i z niezachwianym postanowieniem oddania się Najświętszej Pannie na służbę, oświadczył chęć przyjęcia Jej habitu, który też bracia z radością mu dali. Ale większa jeszcze była radość przeoryszy i sióstr, które z uniesieniem najgorętszej wdzięczności wielbiły Pana, iż na ich prośby, jak słusznie mogły mniemać, uczynił im tę wielką łaskę.

9. W ciągu roku próby swojej taką okazywał pokorę, jakiej by nie dorównał ostatni nowicjusz. W jednym zwłaszcza zdarzeniu jawny dał dowód niepospolitego zaparcia siebie, gdy w nieobecności przeora rządy klasztoru dostały się w ręce jednego brata, bardzo młodego, mało zdolnego, bez nauki, bez potrzebnej do rządzenia roztropności, bez żadnego doświadczenia, którego i nie mógł posiadać, sam jeszcze niedawno przedtem wstąpiwszy do Zakonu. Szorstkość jego w obchodzeniu się z braćmi i umartwienia, jakie na nich wkładał, przechodziły wszelką miarę. Ile razy na to wspomnę, nie mogę wyjść z podziwienia, jakim sposobem bracia, a zwłaszcza człowiek tak zasłużony, mogli znieść to wszystko. Rzecz pewna, że potrzeba było na to takiej nadzwyczajnej gorącości ducha, jaką Bóg go obdarzał. Pokazało się potem, że niefortunny on przełożony od dawna cierpiał na melancholię. Wszędzie gdziekolwiek był, choć jako podwładny, trudno było z nim wytrzymać, więc łatwo domyśleć się, jak musiał być nieznośny na przełożeństwie. Dobry zresztą z niego zakonnik, tylko że nad tymi słabościami swymi nie umie panować. Bóg nieraz dopuszcza podobne pomyłki w wyborze przełożonych, aby przez nich doskonalej jeszcze wyćwiczyć w cnocie posłuszeństwa tych, których miłuje.

10. Taki zapewne i w tym razie był Jego zamiar, bo w nagrodę za tę pokorę użyczył O. Graciánowi, czyli jak się w Zakonie zowie, O. Hieronimowi od Matki Bożej, wysokiego bardzo światła w rzeczach posłuszeństwa, aby mógł go nauczać podwładnych, jak je sam naprzód pełnił z takim przedziwnym zaparciem się siebie. I aby mu nie zbywało na własnym, we wszystkim, czego nam potrzeba, doświadczeniu, przez trzy miesiące przed profesją swoją gwałtowne wycierpiał pokusy. Ale waleczny zapaśnik, przyszły wódz synów Panny Najświętszej, umiał dzielnie stawiać czoło nagabywaniom złego ducha i im natarczywiej nieprzyjaciel dręczył go i kusił, aby habit porzucił, tym mężniej on te poduszczenia odpierał, przyrzekając Bogu, że nigdy się z habitem nie rozstanie i ślubami, skoro mu będzie wolno, dozgonnie się zwiąże. Pokazywał mi pismo, które w ciągu tych gwałtownych pokus ułożył; z wielkim je przeczytałam nabożeństwem, podziwiając to męstwo niepokonane, jakiego Pan mu użyczał.

11. Może to się komu wyda rzeczą niewłaściwą, że mnie się zwierzył z tak licznymi szczegółami, tyczącymi się jego duszy. Ale snadź Pan sam tego chciał, abym je zamieściła w tym moim piśmie, iżby ci, którzy je czytać będą, chwalili Go w Jego stworzeniach. Wiem na pewno, że przed nikim więcej, ani nawet przed spowiednikami swymi, tak się nie otworzył, jak to uczynił przede mną. Niekiedy do tych zwierzeń skłaniał go wzgląd na podeszły mój wiek i na to, co słyszał o mnie, za czym zdawało mu się, że powinnam mieć pewne w tych rzeczach doświadczenie. Czasem znowu z samego toku rozmowy, choć o czym innym zaczętej, nieznacznie tak wypadało, że mi zaczynał mówić o tych rzeczach i o innych jeszcze, o których mi tu pisać nie należy, i gdybym chciała tu o nich wspominać, rozpisałabym się nad miarę.

12. I w tym, co napisałam, bardzo się upewniałam, powściągałam, aby mu nie zrobić przykrości, gdyby to pismo moje dostało się w jego ręce. Nie mogłam jednak przemilczeć o nim, tym bardziej, że (chociażby miał kiedy czytać te karty, nieprędko to w każdym razie nastąpi) nie godziłoby się, jak sądzę, nie wspomnieć o tym, który około wznowienia tej pierwotnej Reguły naszej tak wielkie położył zasługi. Nie on pierwszy wprawdzie dał temu wznowieniu początek, ale nastał w czasie, w którym nieraz, gdyby nie wielka ufność, jaką pokładam w miłosierdziu Boga, byłabym żałowała, że się to zaczęło. Mówię tu o domach braci; bo klasztory sióstr z łaski Boga zawsze aż do tego czasu trzymały się dobrze. Nie mówię, żeby klasztory braci były złe, tylko że nosiły w sobie zaród rychłego upadku, bo nie tworząc własnej Prowincji, zostawały pod zarządem Trzewiczkowych. Tym, którzy mogliby byli żądzić, jak mianowicie O. Antoniemu od Jezusa, który pierwszy był zaczął, tamci nie przyznawali władzy. Nadto, bracia nasi nie mieli jeszcze konstytucji, nadanych im przez naszego Przewielebnego Ojca Generała. W każdym więc domu rządzili się wedle własnego uznania; jednym zdawało się, że tak najlepiej, drugim, że inaczej. Gdyby rzeczy miały dłużej trwać w takim stanie, ażby kiedyś bracia doczekali się konstytucji albo własnego rządu, ciężkie byłyby z tego wynikły szkody. Myśl ta nieraz srogie mi sprawiała udręczenie.

13. Ale Pan zaradził złemu przez Ojca Magistra Hieronima od Matki Bożej, który został mianowany komisarzem apostolskim; zlecono mu rządy i władzę nad Karmelitami i Karmelitankami Bosymi. Ustanowił wtedy konstytucje dla braci. My już miałyśmy swoje od naszego Przewielebnego Ojca Generała; nie dla nas więc napisał te konstytucje, jeno na mocy udzielonej mu władzy apostolskiej nadał je braciom, a w wywiązaniu się z tego zadania nowy dał dowód tych znakomitych zalet i zdolności, którymi Pan, jak mówiłam, go obdarzył. Za pierwszą zaraz wizytą, jaką odbył u nich, do takiej od razu przywiódł wszystko harmonii i ładu, tak mądrze i składnie wszystko ułożył, że jawnie w tym się okazało, iż Pan w boskiej łaskawości swojej szczególną go wspiera pomocą i że Najświętsza Panna wybrała go dla poratowania swego Zakonu. Błagam Ją z głębi duszy, aby nie przestawała wstawiać się za nim i wyjednała mu to u Syna swego, iżby go zawsze opieką swoją otaczał i użyczał mu łaski coraz wyższego w służbie Jego postępu. Amen.

 

Rozdział XXIII



O fundacji Karmelu Św. Józefa w mieście Sewilli, w dzień Świętej Trójcy, roku 1575.

1. W czasie gdy jeszcze pozostawałam w Beas, czekając na wydanie mi przez Radę Zakonów upoważnienia do założenia klasztoru w Karawace, odwiedził mię tamże jeden z Ojców naszego Zakonu, Karmelita Bosy, który zaledwo na parę lat przedtem przywdział nasz habit, przebywając wówczas w Alkali. Był to Magister Hieronim od Matki Bożej, Gracián, mąż głębokiej nauki, bystrego rozumu i rzadkiej przy tym skromności; całe życie jego było jednym pasmem cnót niepospolitych. Snadź Najświętsza Panna sama go wybrała dla dobra tego naszego Zakonu i przywrócenia w nim ducha pierwszych jego założycieli. Już w czasie gdy odbywał nauki w Alkali, miał postanowienie zostać zakonnikiem, choć o naszym Zakonie wówczas zgoła nie myślał. Rodzice jego, mając wielkie łaski u Króla i świetne budując nadzieje na wysokich jego zdolnościach, inne względem niego mieli zamiary, których on jednak bynajmniej nie podzielał. Gdy rozpoczynał nauki, ojciec jego chciał, by studiował prawo, ale młodzieniec głęboko, nad wiek swój, zmartwiony tym postanowieniem ojca, dopóty go błagał ze łzami, póki nie uzyskał pozwolenia słuchania teologii.

2. Otrzymawszy stopień magistra, wszczął starania o dopuszczenie go do Towarzystwa Jezusowego i ci gotowi byli go przyjąć, ale z powodu pewnych, jakie zaszły trudności, kazali mu poczekać kilka dni. Wczasy i przyjemności, jakich używał na świecie, prawdziwą, jak mi mówił, były dla niego męką. Zdawało mu się, że nie ta jest pewna droga do nieba; choć i w tym świeckim życiu swoim miał stałe godziny przeznaczone na modlitwę i, obok ustawicznego skupienia ducha, najsurowszej przestrzegał czystości obyczajów.

3. W tymże czasie jeden wielki jego przyjaciel, także magister, wstąpił do klasztoru naszego Zakonu w Pastranie, gdzie przybrał imię Jana od Jezusa. Czy to wskutek listu, jaki ten przyjaciel do niego napisał, wysławiając mu wysoką dostojność i starożytność Karmelu, czy z innej jakiej przyczyny, nie wiem, dość, że od tego czasu Gracián dziwnie ten Zakon nasz ukochał. Niewypowiedzianą sprawiało mu rozkosz czytanie wszelkich o nim wiadomości i stwierdzanie ich świadectwami i orzeczeniami wielkich doktorów. Nieraz mówił mi, że aż skrupuł miał w sumieniu, iż dla tego ulubionego przedmiotu innych nauk swoich zaniedbuje, tak się od niego nie mógł oderwać; wszystkie chwile wolne zapełniał tym czytaniem. O mądrości, o mocy Boga! Jakże daremnie miota się człowiek, chcąc się uchylić od tego, co jest Jego wolą! Widział Pan, “jak bardzo potrzebny był do tego dzieła, które On sam w boskiej swej łaskawości rozpoczął, człowiek taki, jakim się okazał O. Gracián. Ile razy na to wspomnę, uwielbiam zawsze dobroć Jego za tę wielką łaskę, jaką nam uczynił, dając nam tego Ojca. Gdybym i najgoręcej była prosiła Pana o przysłanie nam kogo, co by umiał do należnego porządku doprowadzić wszystkie sprawy naszego Zakonu w tych pierwszych jego początkach, nigdy bym nie zdołała prosić tyle, ile On sam w tym razie nam darował. Niech za to będzie błogosławiony na wieki!

4. Zdarzyło się w tym czasie, że O. Gracián, choć daleki jeszcze od myśli przywdziania naszego habitu, udał się, jak go o to proszono, do Pastrany, dla umówienia się z przeoryszą naszego klasztoru, wówczas jeszcze nie przeniesionego stamtąd do Segowii, o przyjęcie jednej aspirantki. O jakże dziwnych Opatrzność Boża umie używać środków dla osiągnięcia swoich celów! Gdyby O. Gracián był wyjeżdżał z powziętym już zamiarem wstąpienia do naszego Zakonu, snadź niejeden ze znajomych i przyjaciół jego byłby mu odradzał tego kroku i od postanowienia go odwiódł. Ale Najświętsza Panna, Pani nasza, za żarliwą pobożność, jaką dla Niej pała, chciała go wynagrodzić, dając mu swój habit. Ona to, nie wątpię o tym, przyczyną swoją wyjednała mu u Boga tę łaskę, że tak gorąco ukochał nasz Zakon, że w końcu do niego wstąpił. Nie kto inny, pewna tego jestem, to sprawił, jeno ta Panna Najchwalebniejsza, nie chcąc, by ten, który tak żarliwie pragnął Jej służyć, był pozbawiony sposobności spełnienia tej świętej swojej żądzy, bo taka jest ta Pani, że łaskami swymi obsypuje każdego, kto się ucieka pod Jej obronę.

5. Uciekał się do Niej młodzieniec od lat dziecinnych. Gdy był jeszcze chłopcem, z domu rodzicielskiego w Madrycie rad chodził modlić się przed obrazem Matki Boskiej, do którego szczególne miał nabożeństwo. Obraz ten, umieszczony nie pamiętam w którym kościele, nazywał “kochaniem swoim”, i nawiedzał go jak najczęściej. Snadź Ona za to wyprosiła mu u Syna swojego tę niepokalaną czystość serca, jaką się odznaczał całe życie. Nieraz, powiadał mi, oczy miał spuchłe od łez, nie mogąc się powstrzymać od rzewnego płaczu na wspomnienie tylu grzechów, jakimi ludzie obrażają Boskiego Jej Syna. Stąd rodził się w nim niepowstrzymany zapał ratowania dusz; stąd głęboka boleść, jaka przenikała duszę jego na widok obrazy Bożej. Ta żądza zbawienia dusz tak go całego pochłania, że dla duchowego pożytku bliźniego wszelki trud i wszelkie cierpienie wydaje mu się niczym. Wiem o tym z własnego doświadczenia, bo sama w różnych zdarzeniach patrzyłam na to, ile dla tej apostolskiej gorliwości swojej ochotnie ucierpiał.

6. Takim więc jakby podstępem przez Najświętszą Pannę pociągnięty, wybrał się O. Gracián do Pastrany w tym przekonaniu, że jedzie tam jedynie po to, aby wyprosił habit dla znajomej aspirantki. Ale Bóg go tam prowadził po to, aby jego samego w habit przyodział. O słodkie tajniki dróg Bożych! Jakże wdzięcznie i jak skutecznie umie On, mimo woli naszej, przysposobić nas do przyjęcia łask, jakie nam gotuje! Jakże hojnie odpłacił tej duszy za święte jej uczynki, za dobry przykład, jaki ze siebie dawała, a zwłaszcza za żarliwą jej żądzę służenia błogosławionej Jego Matce! Bo zawsze, jak sądzę, czcicielom swojej Matki Pan w taki sposób się wywdzięcza, zlewając na nich szczególne swoje łaski.

7. Przybywszy tedy do Pastrany, udał się do przeoryszy i wstawiał się do niej za ową aspirantką, aby ją przyjęła; ale skutek mowy jego był taki, jak gdyby raczej był przemawiał za sobą, aby ona wyprosiła u Pana własne jego do Zakonu wstąpienie. O. Gracián ma tę szczególną łaskę od Boga, że dziwną słodyczą całej swojej postawy i sposobem zachowania się wszystkich pociąga do siebie. Rzadko chyba ktoś się znajdzie, kto by go poznawszy, nie pokochał. Stąd też wszyscy jego podwładni, zakonnicy zarówno jak i zakonnice, nadzwyczajnie są do niego przywiązani. Jakkolwiek bowiem w swej gorliwości o dobro i wzrost duchowy Zakonu (którą posiada w najwyższym stopniu) żadnemu uchybieniu nie przepuszcza, taką jednak same upomnienia umie zaprawiać miłą słodyczą, że nigdy nikogo nie urazi ani mu da powodu do żalu.

8. Dlatego i na przeoryszy w Pastranie od pierwszego spotkania takie jak i na wszystkich wywarł wrażenie. Tak była nim zachwycona, że od razu powstało w niej najgorętsze pragnienie, aby mąż taki, tylu niepospolitymi zaletami ozdobiony, wstąpił do naszego Zakonu. Zwierzyła się siostrom z tą myślą, przedstawiając im, jaki by to był niezmiernie ważny nabytek dla poczynającego się Zakonu, posiadającego wówczas jeszcze mało kogo, czyli raczej nie posiadającego prawie nikogo, kto by takiej znakomitości dorównał. Poleciła im zatem, aby wszystkie wspólne do Pana zanosiły modlitwy, aby go z Pastrany nie wypuszczał i skłonił go do przywdziania habitu.

Przeorysza ta jest wysoko świątobliwą służebnicą Bożą i sama już jej jednej modlitwa niezawodne, mniemam, znalazłaby wysłuchanie u Pana. Jakże więc bardziej jeszcze skutecznymi musiały być połączone prośby tylu dusz tak pobożnych, zgromadzonych w tym klasztorze! Wszystkie one bardzo sobie wzięły do serca to zalecenie; ustawiczne, przy gorącej modlitwie, zadawały sobie posty i biczowania na uproszenie u Pana tej łaski. Jakoż Pan w łaskawości swojej raczył wysłuchać ich prośby. Zaszedłszy w odwiedziny do klasztoru braci, na widok panującej w nim doskonałej ścisłości zakonnej i całego jego urządzenia, dziwnie ułatwiającego wyłączne oddanie się służbie Bożej, a szczególnie na myśl, że jest to Zakon Matki Boskiej, dla chwały której tak gorąco pragnął się poświęcić, Gracián uczuł w sobie wewnętrzne natchnienie i silną pobudkę, by już nie wracał do świata. Wiele mu, dla odstręczenia go od tej myśli, diabeł nasuwał trudności. Najboleśniejsze zwłaszcza było mu wspomnienie na smutek, jaki swoim odejściem sprawi rodzicom, którzy go bardzo kochali i mając wiele synów i córek, na niego najwięcej liczyli, iż będzie podporą całego swego rodzeństwa. Ale mężnie idąc za głosem powołania, zdał tę troskę na Boga, dla którego opuszczał wszystko, i z niezachwianym postanowieniem oddania się Najświętszej Pannie na służbę, oświadczył chęć przyjęcia Jej habitu, który też bracia z radością mu dali. Ale większa jeszcze była radość przeoryszy i sióstr, które z uniesieniem najgorętszej wdzięczności wielbiły Pana, iż na ich prośby, jak słusznie mogły mniemać, uczynił im tę wielką łaskę.

9. W ciągu roku próby swojej taką okazywał pokorę, jakiej by nie dorównał ostatni nowicjusz. W jednym zwłaszcza zdarzeniu jawny dał dowód niepospolitego zaparcia siebie, gdy w nieobecności przeora rządy klasztoru dostały się w ręce jednego brata, bardzo młodego, mało zdolnego, bez nauki, bez potrzebnej do rządzenia roztropności, bez żadnego doświadczenia, którego i nie mógł posiadać, sam jeszcze niedawno przedtem wstąpiwszy do Zakonu. Szorstkość jego w obchodzeniu się z braćmi i umartwienia, jakie na nich wkładał, przechodziły wszelką miarę. Ile razy na to wspomnę, nie mogę wyjść z podziwienia, jakim sposobem bracia, a zwłaszcza człowiek tak zasłużony, mogli znieść to wszystko. Rzecz pewna, że potrzeba było na to takiej nadzwyczajnej gorącości ducha, jaką Bóg go obdarzał. Pokazało się potem, że niefortunny on przełożony od dawna cierpiał na melancholię. Wszędzie gdziekolwiek był, choć jako podwładny, trudno było z nim wytrzymać, więc łatwo domyśleć się, jak musiał być nieznośny na przełożeństwie. Dobry zresztą z niego zakonnik, tylko że nad tymi słabościami swymi nie umie panować. Bóg nieraz dopuszcza podobne pomyłki w wyborze przełożonych, aby przez nich doskonalej jeszcze wyćwiczyć w cnocie posłuszeństwa tych, których miłuje.

10. Taki zapewne i w tym razie był Jego zamiar, bo w nagrodę za tę pokorę użyczył O. Graciánowi, czyli jak się w Zakonie zowie, O. Hieronimowi od Matki Bożej, wysokiego bardzo światła w rzeczach posłuszeństwa, aby mógł go nauczać podwładnych, jak je sam naprzód pełnił z takim przedziwnym zaparciem się siebie. I aby mu nie zbywało na własnym, we wszystkim, czego nam potrzeba, doświadczeniu, przez trzy miesiące przed profesją swoją gwałtowne wycierpiał pokusy. Ale waleczny zapaśnik, przyszły wódz synów Panny Najświętszej, umiał dzielnie stawiać czoło nagabywaniom złego ducha i im natarczywiej nieprzyjaciel dręczył go i kusił, aby habit porzucił, tym mężniej on te poduszczenia odpierał, przyrzekając Bogu, że nigdy się z habitem nie rozstanie i ślubami, skoro mu będzie wolno, dozgonnie się zwiąże. Pokazywał mi pismo, które w ciągu tych gwałtownych pokus ułożył; z wielkim je przeczytałam nabożeństwem, podziwiając to męstwo niepokonane, jakiego Pan mu użyczał.

11. Może to się komu wyda rzeczą niewłaściwą, że mnie się zwierzył z tak licznymi szczegółami, tyczącymi się jego duszy. Ale snadź Pan sam tego chciał, abym je zamieściła w tym moim piśmie, iżby ci, którzy je czytać będą, chwalili Go w Jego stworzeniach. Wiem na pewno, że przed nikim więcej, ani nawet przed spowiednikami swymi, tak się nie otworzył, jak to uczynił przede mną. Niekiedy do tych zwierzeń skłaniał go wzgląd na podeszły mój wiek i na to, co słyszał o mnie, za czym zdawało mu się, że powinnam mieć pewne w tych rzeczach doświadczenie. Czasem znowu z samego toku rozmowy, choć o czym innym zaczętej, nieznacznie tak wypadało, że mi zaczynał mówić o tych rzeczach i o innych jeszcze, o których mi tu pisać nie należy, i gdybym chciała tu o nich wspominać, rozpisałabym się nad miarę.

12. I w tym, co napisałam, bardzo się upewniałam, powściągałam, aby mu nie zrobić przykrości, gdyby to pismo moje dostało się w jego ręce. Nie mogłam jednak przemilczeć o nim, tym bardziej, że (chociażby miał kiedy czytać te karty, nieprędko to w każdym razie nastąpi) nie godziłoby się, jak sądzę, nie wspomnieć o tym, który około wznowienia tej pierwotnej Reguły naszej tak wielkie położył zasługi. Nie on pierwszy wprawdzie dał temu wznowieniu początek, ale nastał w czasie, w którym nieraz, gdyby nie wielka ufność, jaką pokładam w miłosierdziu Boga, byłabym żałowała, że się to zaczęło. Mówię tu o domach braci; bo klasztory sióstr z łaski Boga zawsze aż do tego czasu trzymały się dobrze. Nie mówię, żeby klasztory braci były złe, tylko że nosiły w sobie zaród rychłego upadku, bo nie tworząc własnej Prowincji, zostawały pod zarządem Trzewiczkowych. Tym, którzy mogliby byli żądzić, jak mianowicie O. Antoniemu od Jezusa, który pierwszy był zaczął, tamci nie przyznawali władzy. Nadto, bracia nasi nie mieli jeszcze konstytucji, nadanych im przez naszego Przewielebnego Ojca Generała. W każdym więc domu rządzili się wedle własnego uznania; jednym zdawało się, że tak najlepiej, drugim, że inaczej. Gdyby rzeczy miały dłużej trwać w takim stanie, ażby kiedyś bracia doczekali się konstytucji albo własnego rządu, ciężkie byłyby z tego wynikły szkody. Myśl ta nieraz srogie mi sprawiała udręczenie.

13. Ale Pan zaradził złemu przez Ojca Magistra Hieronima od Matki Bożej, który został mianowany komisarzem apostolskim; zlecono mu rządy i władzę nad Karmelitami i Karmelitankami Bosymi. Ustanowił wtedy konstytucje dla braci. My już miałyśmy swoje od naszego Przewielebnego Ojca Generała; nie dla nas więc napisał te konstytucje, jeno na mocy udzielonej mu władzy apostolskiej nadał je braciom, a w wywiązaniu się z tego zadania nowy dał dowód tych znakomitych zalet i zdolności, którymi Pan, jak mówiłam, go obdarzył. Za pierwszą zaraz wizytą, jaką odbył u nich, do takiej od razu przywiódł wszystko harmonii i ładu, tak mądrze i składnie wszystko ułożył, że jawnie w tym się okazało, iż Pan w boskiej łaskawości swojej szczególną go wspiera pomocą i że Najświętsza Panna wybrała go dla poratowania swego Zakonu. Błagam Ją z głębi duszy, aby nie przestawała wstawiać się za nim i wyjednała mu to u Syna swego, iżby go zawsze opieką swoją otaczał i użyczał mu łaski coraz wyższego w służbie Jego postępu. Amen.