Księga Życia - Strona 42 z 43 - Dumanie.pl - blog osobisty | o. Mariusz Wójtowicz OCD

Księga Życia

parallax background
fot. rtve.es

 

Rozdział XL



O innych jeszcze nadzwyczajnych łaskach, które Pan jej uczynił. Może z nich być zbawienna nauka dla innych, gdyż w całym tym pisaniu, jak już mówiła wyżej, ten był po posłuszeństwie główny jej zamiar, wspominać tylko o takich łaskach, o których wiadomość może przynieść duszom pożytek. – Na tym rozdziale kończy się historia jej życia, jej ręką napisana, co niechaj będzie na chwałę Panu, amen.

1. Pewnego dnia, doznając na modlitwie nadzwyczajnej pociechy i słodyczy, i znając siebie, że jestem niegodną tak wielkiej łaski, zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak słusznie należałoby mi się miejsce w piekle, które było mi ukazane, i którego okropność, jak wówczas widziałam siebie w nim pogrążoną, nigdy odtąd, jak mówiłam, nie wychodzi mi z pamięci. Rozważanie to większy jeszcze wznieciło zapał w mojej duszy. Przyszło na mnie zachwycenie, jakiego opisać nie zdołam. Duch mój, zdawało mi się, cały był pogrążony w Bogu i na wskroś przeniknięty tym majestatem, który już przedtem nieraz oglądałam. W tym majestacie dane mi było zrozumienie prawdy, która jest dopełnieniem wszystkich prawd. Jak się to stało, tego określić nie mogę, bo nic nie widziałam. Usłyszałam te słowa, nie widząc tego, kto je mówił, ale wyraźnie czując, że mówi je sama Prawda: Wielka to rzecz, którą dziś tobie czynię, i jest to jedna z największych łask, jakie Mi zawdzięczasz. Bo wszystkie szkody i nieszczęścia, jakie przychodzą na świat, powstają stąd, że ludzie nie znają jasno i nieobłudnie prawd Pisma świętego, a przecież nie ma w nim ani jednej joty, która by się nie spełniła. Mnie się zdawało, że zawsze tak w Pismo wierzyłam, i że wszyscy wierzący czynią podobnie. A Pan powiedział mi: O córko, jak mało jest takich, którzy by Mnie kochali w prawdzie! Gdyby Mnie kochali, nie ukrywałbym przed nimi swoich tajemnic. Czy wiesz, co to znaczy kochać mnie w prawdzie? Znaczy to: rozumieć, że wszystko, cokolwiek Mnie się nie podoba, jest kłamstwem. Prawdy tej jeszcze nie rozumiesz, ale zrozumiesz, gdy ujrzysz, jaką z niej twoja dusza korzyść odniesie.

2. Tak też i zrozumiałam, za co niech będą dzięki Panu, bo od czasu tego zachwycenia wszystko, co nie zmierza do służby Bożej, taką mi się ukazuje marnością i kłamstwem, że słów mi nie starcza na wyrażenie tego tak, jak czuję ani jak głębokie mam politowanie dla tych, których widzę błąkających się w ciemności dlatego, że tej prawdy nie znają. Inne jeszcze z tego poznania osiągnęłam korzyści, z których tu wymienię niektóre, bo wszystkich nie sposób. W ciągu tego zachwycenia Pan powiedział do mnie jedno słowo, pełne szczególnej czułości i niewypowiedzianej łaskawości. Jak się to stało, nie wiem, bo nic nie widziałam, ale słowo te taką we mnie sprawiło odmianę, jakiej nie potrafię wyrazić. Poczułam w sobie stanowczo niezachwianą gotowość i nieustraszone męstwo do spełnienia ze wszystkich swoich sił wszystkiego aż do rzeczy najmniejszych, cokolwiek Pismo nam do spełnienia podaje. Czułam, że nie ma na całym świecie takiej rzeczy, która by zdołała mnie powstrzymać w tym moim postanowieniu.

3. Pozostało wyryte we mnie prawdziwe poznanie tej Prawdy, która mi się przedstawiła w taki sposób nieopisany. Przeniknęło mnie ono nową czcią dla Boga, objawiając mi łaskawość i Jego potęgę w świetle tak żywym, że go określić nie sposób. Czuje się tylko i widzi umysłem, że jest tu coś ogromnego. Wyniosłam jeszcze z tego objawienia gorące pragnienie, by nie mówić już o niczym, tylko o rzeczach do tej Prawdy się odnoszących, wyższych nad te, o których zwykło się rozmawiać na świecie. Stąd też, życie na świecie stało się dla mnie od tego czasu jeszcze większą przykrością. Nadto jeszcze wielka tkliwość w stosunku do Boga, słodycz wewnętrzna i pokora pozostały we mnie jako owoc tego widzenia. Słowem, wielkie rzeczy mi Pan w nim uczynił. A choć sposobu, w jaki się to stało, nie rozumiałam, żadna przecież nie powstała we mnie obawa, by to czego doznałam było złudzeniem. Niczego nie widziałam, ale jasno poznałam i zrozumiałam, jakie to wielkie szczęście za nic mieć wszystko, cokolwiek nie prowadzi do Boga. Zrozumiałam, co to znaczy chodzić w Prawdzie, w obliczu samej Prawdy. A tą Prawdą, zrozumiałam i to, bo On mi to oznajmił, jest sam Pan.

4. Wszystkie te objawienia, o których tu mówię, były mi dane bądź w słowach, które słyszałam mówione do mnie, bądź bez słów, a przecież w taki sposób, że jaśniej je zrozumiałam, niż gdyby mi je opowiadano słowami. Poznałam o tej Prawdzie prawdy wspaniałe, lepiej niżby wielu uczonych razem zdołało mnie nauczyć. Żaden uczony, tak sądzę, nie potrafiłby żadną miarą tak głęboko wyryć w mojej duszy tych prawd ani dać mi tak jasnego poznania marności tego świata. Ta Prawda, która tam, jak mówię, objawiła mi się, jest sama w sobie Prawdą, jest bez początku i końca i wszelka inna prawda od tej Prawdy zależna, podobnie jak wszelka inna miłość zależna od tej Miłości i wszelka inna wielkość od tej Wielkości – tylko że to, co tu mówię, ciemne jest wobec tej jasności, z jaką Pan dał mi te rzeczy zrozumieć. O jakże wspaniale objawia się potęga tego Majestatu, gdy w jednej chwili takimi skarbami ubogaca duszę i takie tajemnice pozostawia w niej wyryte! O Łaskawości moja, o Majestacie mój! Co czynisz, Panie mój wszechmogący? Zobacz, kim jest ta, której dajesz takie królewskie łaski. Nie pamiętasz o tym, że ta dusza była przepaścią kłamstwa i morzem próżności, i wszystko to z własnej swojej winy. Bo z Twojej łaski miałam wrodzony wstręt do kłamstwa, a ja mimo to w tylu zdarzeniach mówiłam i czyniłam kłamstwo. Jakże to znieść możesz, o Boże, i jak się to godzi z Twoją sprawiedliwością, byś taką miłość okazywał i takie łaski czynił mnie, która tak źle na nie zasłużyła?

5. Jednego dnia, gdy razem z innymi odmawiałam w chórze godziny kanoniczne, nagle przyszło na mnie zebranie wewnętrzne i ujrzałam swoją duszę na podobieństwo lśniącego zwierciadła, bez odwrotnej strony, bez boków, bez wierzchu i spodu, tylko na wszystkie strony jaśniejącego, a w pośrodku ukazał mi się Pan nasz Jezus Chrystus w takiej postaci, w jakiej Go zwykle widuję. Widziałam Go, zdawało mi się, jasno jak w zwierciadle odbijającego się na wszystkich częściach mojej duszy, a zwierciadło to nawzajem – nie wiem jakim sposobem – wyrażało się całe na Panu niewypowiedzianym, ale miłości pełnym, wzajemnym udzielaniem się. Widzenie to, zapewniam, wielką mi korzyść przyniosło i dotąd przynosi, ile razy na nie wspomnę, zwłaszcza odchodząc od Komunii świętej. Dane mi było poznać, jak to zwierciadło, gdy dusza jest w grzechu śmiertelnym, pokrywa się gęstą mgłą i całe czernieje, dlatego już Pan nie może w nim się odbijać ani być widzianym, chociaż zawsze jest obecny, jako dający byt i życie. Odstępstwo od wiary jest zaś jakby stłuczeniem tego zwierciadła, co jest o wiele większym nieszczęściem, niż gdyby było tylko zaćmione. Wielka jest różnica między widzeniem tego a opowiedzeniem, bo bardzo trudno taką rzecz objaśnić. Mnie, powtarzam, widzenie to wielką przyniosło korzyść, ale też wielki we mnie wzbudziło żal, że tyle razy obrażając Pana, duszę swoją zaćmiłam i Jego widoku siebie pozbawiłam.

6. Widzenie to, zdaniem moim, wielki może przynieść pożytek każdemu żyjącemu w skupieniu ducha, gdyż z niego nauczy się rozważać Pana w najgłębszym ukryciu swojej duszy. A takie zapatrywanie się – jak to w innym miejscu objaśniłam – przyjemniejsze jest i o wiele pożyteczniejsze, niż gdy patrzymy zewnętrznie. Sposób ten zalecają także niektóre księgi duchowe, mówiące o tym, jak mamy szukać Boga. Tak mianowicie wielki św. Augustyn opowiada nam o samym sobie, jak szukając Boga na rynkach, w rozkoszach i wszędzie, nigdzie Go tak nie znalazł, jak we własnej swojej duszy. I rzecz jasna, że ten jest sposób najlepszy. Nie potrzeba tu wznosić się aż do nieba ani szukać gdzieś daleko, co i umysł męczy zbytnim natężeniem, i duszy sprawia roztargnienie, a owoc zawsze nie taki. Wystarczy wejść w siebie, a znajdziemy Boga.

7. Dodam tu jeszcze jedną uwagę, która może się komu przydać. Zdarza się niekiedy w czasie wielkich zachwyceń, że gdy przeminie pierwsza chwila złączenia duszy z Bogiem, które pochłania w sobie i trzyma w zawieszeniu wszystkie władze – co jak mówiłam, trwa krótko – dusza i potem jeszcze pozostaje w głębokim skupieniu i zewnętrznie nawet nie może przyjść do siebie, a dwie władze, pamięć i rozum, błąkają się nieprzytomnie jakby w gorączce. Zdarza się to zwłaszcza w początkach. Pochodzi to, jak sądzę, z naturalnej naszej słabości, nie mogącej znieść tak silnego naporu ducha, skutkiem czego wyobraźnia słabnie i jakby się rozluźnia. Wiem, że niejedna dusza tego doświadcza. Radziłabym w takim razie zmusić się do zaniechania na ten czas modlitwy i w innym czasie wynagrodzić sobie tę stratę, byle nie zaraz, bo mogłaby z tego wyniknąć ciężka szkoda dla zdrowia, jak o tym nas zapewnia doświadczenie. Roztropność zatem każe tu uważać na zdrowie i swoje siły, byśmy nie brali na siebie więcej, niż unieść zdołamy.

8. Więcej jeszcze trzeba w tych rzeczach doświadczenia i światłego przewodnika. Bo gdy dusza dojdzie do tego stanu, wiele tu napotka trudności i wątpliwości, w których rada i pomoc mistrza duchownego nieodzownie jej są potrzebne. Gdyby jednak szukając takiego przewodnika, znaleźć go nie mogła, Pan jej nie opuści, kiedy nawet mnie, takiej nędznej, w podobnej potrzebie nie opuścił. Mało jest, zdaje mi się duchownych, którzy by z własnego doświadczenia znali te wysokie rzeczy. A który nie ma tego doświadczenia, ten zamiast pomocy i kierunku tylko niepokój i udręczenie duszy przyniesie. Pan jednak nie zaniedba sposobności, aby taką próbę zaliczyć jej za zasługę. Zawsze więc lepiej o tych rzeczach rozmawiać z przewodnikiem, jak o tym już na innym miejscu mówiłam. Zdaje mi się, że wszystko, co tu mówię, już wyżej gdzieś powiedziałam, ale dobrze nie pamiętam, a że są to rzeczy bardzo ważne, więc wolę je powtórzyć. Szczególnie też nam, niewiastom, koniecznie potrzeba w tych rzeczach poddawać się kierownictwu spowiednika, oby tylko był takim, jakim być powinien. Rzecz pewna, że między tymi, którym Pan takich łask użycza, więcej jest niewiast niż mężczyzn. Słyszałam to z ust św. Piotra z Alkantary i sama się o tym naocznie przekonałam. Święty ten sługa Boży zapewniał mnie, że niewiasty większe czynią na tej drodze postępy od mężczyzn i tłumaczył to bardzo przekonywującymi racjami, których tu powtarzać nie mam potrzeby, ale wszystkie przemawiały za nami.

9. Raz będąc na modlitwie, otrzymałam w jednej chwili objawienie, w jaki sposób wszystkie rzeczy widzialne są w Bogu i wszystkie się w Bogu zawierają. Nie widziałam żadnych ściśle określonych kształtów, a przecież widzenie całości było nad wszelki wyraz jasne. Daremnie kusiłabym się to opisywać, ale obraz tego, co widziałam, pozostał głęboko wyryty w mojej duszy. Jest to jedna z największych łask, jakie Pan mi uczynił i jedna z tych, które mnie najwięcej pobudzają do upokorzenia i zawstydzenia się na wspomnienie moich grzechów. Gdyby Pan przedtem ukazać mi to widzenie, nie popełniłabym ich nigdy. Gdyby ci, którzy Go obrażają, mogli je ujrzeć, pewna jestem, że nie mieliby już serca ani śmiałości wyrządzenia Mu tej zniewagi. Rzecz przedstawiała mi się wyraźnie, choć nie mogę powiedzieć, bym cokolwiek widziała oczyma. Coś jednak musiało w tym być widzialnego, skoro mogę, jak to zaraz uczynię, objaśnić rzecz za pomocą porównania, tylko że widzenie to dzieje się w sposób tak subtelny i nieuchwytny, że umysł go dosięgnąć nie zdoła. A może ja sama poznać się nie umiem na takich widzeniach, które na pozór żadnego wyobrażenia nie przedstawiają, a jednak w niektórych musi być coś działającego na wyobraźnię. Albo wreszcie, że władze będąc w czasie widzenia w zachwyceniu nie zdołają potem odtworzyć sobie w wyobraźni kształtu, w jakim Pan im te rzeczy przedstawia, i chce, aby widzeniem ich się cieszyły.

10. Przedstawmy więc sobie Bóstwo jakby diament, nad wszelki wyraz jasny i przejrzysty, a niezrównanie większy niż cały świat, albo jakby zwierciadło duszy, o którym mówiłam w poprzednim widzeniu. Tylko i jedno, i drugie w sposób tak nieskończenie przewyższający, że słów mi brak na wyrażenie tego. Wszystkie nasze uczynki widzialne są w tym diamencie, wszystkie w nim się zawierają, bo nie ma nic, co by istniało poza tą niezmierzoną wielkością, która wszystko w sobie zamyka. Zdumienie moje nie miało granic, że w takim krótkim czasie widziałam zebranych tyle rzeczy naraz w tym jasnym diamencie, a jeszcze większy żal mnie przenika, ile razy wspomnę, że widziałam tam, na tej przejrzystej jasności, takie plamy, jakimi są moje grzechy. Prawdę mówię, że ile razy wspomnę na ten okropny widok, nie wiem, jak go wytrzymać mogę. Wówczas także, gdy go pierwszy raz ujrzałam, ledwo nie umarłam od wstydu i chciałabym schować się pod ziemię. O, kto by mógł to, co ja widziałam, ukazać na oczy tym nieszczęśliwym, którzy dopuszczają się tylu sprośnych i haniebnych grzechów, aby pamiętali, że nie są ukryte przed Bogiem brzydkie ich sprawy, że sprawiedliwie Bóg ma siebie za obrażonego, gdy tak je popełniamy w samych oczach nieskończonego Majestatu Jego i taką zniewagę czynimy w Jego obecności. Zrozumiałam wówczas, jak słusznie należy się piekło za jeden grzech śmiertelny, bo jest to zniewaga, przechodząca wszelkie pojęcie. W obliczu tak wielkiego Majestatu czynić rzecz tak wstrętnie przeciwną boskiej naturze i Jego świętości. Ale w tym okazuje się także Jego nieskończone miłosierdzie, że choć grzeszymy świadomie, znając te prawdy, On przecież nas znosi.

11. Myślę sobie nieraz: jeśli jedno chwilowe widzenie tych rzeczy tak przeraża duszę, cóż będzie w dzień sądu, gdy ten Majestat jawnie nam się ukaże i ujrzy każdy odkryte swoje grzechy? O Boże wielki, jakie to było moje zaślepienie! Po wiele razy w ciągu tego pisania ogarniał mnie strach i trwoga. Wasza miłość na pewno się temu nie dziwisz. To jedno chyba zadziwić Cię może, jakim sposobem – widząc te prawdy i patrząc na siebie, jaką jestem – jeszcze żyję. O Panie, bądź błogosławiony na wieki, iż tak długo mnie znosisz!

12. Jednego dnia, gdy byłam głęboko skupiona na rozmyślaniu, z wielką w duszy słodyczą i spokojem, poczułam się nagle otoczona aniołami i bardzo blisko Boga. Zaczęłam więc modlić się gorąco za Kościół, a Pan w boskiej swojej łaskawości ukazał mi wielkie zasługi, jakie pewien Zakon w późniejszych czasach odda Kościołowi i z jakim męstwem jego członkowie będą się poświęcali w obronie wiary.

13. Innego razu, gdy modliłam się przed Najświętszym Sakramentem, ukazał mi się jeden święty, którego Zakon nieco podupadł. Otworzył przede mną wielką księgę, którą trzymał w ręku i kazał mi czytać zapisane w niej dużymi, bardzo wyraźnymi głoskami, te słowa: Przyjdzie czas, że ten Zakon zakwitnie i wielu wyda męczenników.

14. Raz znowu w chórze w czasie Jutrzni zjawiło się i stanęło przede mną sześciu czy siedmiu braci tego Zakonu z orężem w ręku. Oznaczało to, jak sądzę, że mają walczyć w obronie wiary, bo w zachwyceniu, jakie w innym czasie miałam na rozmyślaniu, ujrzałam się w duchu przeniesioną pośród wielkiego pola, na którym potykały się ze sobą liczne zastępy. Między nimi ci bracia tego Zakonu walczyli także z wielkim zapałem. Piękne ich oblicza płonęły ogniem waleczności. Wielu nieprzyjaciół leżało pod ich nogami, powalonych lub zabitych. Była to, jak zrozumiałam, walka z herezjami.

15. Nieraz jeszcze ukazał mi się ten chwalebny Święty, powiedział mi niektóre rzeczy zakryte i dziękując mi, że modlę się za jego Zakon, obiecał mi, że będzie mnie polecał Panu. Nie wymieniam, o jakich Zakonach tu mówię, aby się inne nie obraziły. Pan sam, jeśli zechce, aby o nich wiedziano, potrafi je ujawnić. Ale każdy Zakon, jak sądzę, i każdy zakonnik powinien o to jedno się starać i ubiegać, by za pomocą łaski Bożej dostąpił szczęścia służenia Kościołowi i bronienia go w jego ciężkich potrzebach. Szczęśliwy, komu dano za taką sprawę swoje życie oddać!

16. Pewien dostojnik kościelny prosił mnie o modlitwę, aby Bóg objawić mu swoją wolę, czy ma przyjąć ofiarowane sobie biskupstwo. Pan dał mi po Komunii taką dla niego odpowiedź: Gdy jasno zrozumie i szczerze uzna, że prawdziwe panowanie polega na nieposiadaniu niczego, wówczas będzie mógł przyjąć. Przez to dał mi do zrozumienia, że którzy mają być wyniesieni na dostojeństwa i przełożeństwa, dalecy powinni być od ich pożądania albo przynajmniej od starania się o nie.

17. Takie są łaski i wiele innych jeszcze, które Pan uczynił i dotąd ustawicznie czyni takiej jak ja grzesznicy. Więcej jeszcze o nich mówić byłoby, zdaje mi się rzeczą zbyteczną, bo już z tego, co powiedziałam, łatwo można poznać, jaki jest stan mojej duszy i w jakim duchu i kierunku Pan mnie prowadzi. Niech będzie błogosławiony na wieki, że takie ma o mnie staranie.

18. Jednego razu pocieszając mnie w moim zmartwieniu, Pan powiedział do mnie z wyrazem najczulszej miłości, bym się nie smuciła, bo w tym życiu dusza nie może być zawsze w jednym stanie. Jednego dnia będzie pałała gorliwością, drugiego będzie się czuła oschła. Dziś będzie się cieszyła pokojem wewnętrznym i pogodą ducha, jutro przyjdą na nią trwogi i pokusy. Trzeba jednak ufać Jemu i nie bać się niczego.

19. Raz zastanawiałam się nad sobą, czy nie ma w tym jakiegoś grzesznego przywiązania, że chętnie przebywam z tymi, którzy kierują moją duszą i z innymi cnotliwymi sługami Bożymi, że ich kocham, że w rozmowie z nimi znajduję dla siebie pociechę. A Pan powiedział mi, że gdyby chory, zagrożony już śmiercią, odzyskawszy zdrowie dzięki staraniom troskliwego lekarza, nie chciał potem okazywać wdzięczności i przywiązania temu swemu wybawicielowi od śmierci, na pewno takiego jego postępku nie nazwałabym cnotliwym. Cóż ja bym zrobiła bez pomocy tych pobożnych przyjaciół? Rozmowa z dobrymi szkody nie czyni, byleby tylko moje słowa były rozważne i święte. Nie powinnam więc przestawać przebywać z nimi. Nic mi to bowiem nie zaszkodzi, owszem, raczej przyniesie pożytek. Bardzo mnie te słowa pocieszyły, bo nieraz, bojąc się zbytniego przywiązania się, już myślałam o zupełnym zerwaniu tych kontaktów. Tak to ciągle i we wszystkim wspierał mnie swoją radą ten dobry Pan, ucząc mnie nawet, jak mam postępować ze słabymi albo jak się zachowywać z tym lub tamtym.

20. Nigdy mnie w żadnym zdarzeniu nie wypuszczał ze swej pieczy. Często martwię się tym, że tak jestem niedołężna w Jego służbie i że na pielęgnowanie takiego schorzałego i nędznego ciała, jakim jest moje, z konieczności muszę więcej poświęcić czasu, niżbym chciała. Jednego wieczoru byłam na modlitwie, aż przyszła pora udać się na spoczynek, a mnie napadły wielkie boleści i poczułam zbierające się we mnie zwykłe moje nudności. Widząc siebie tak skrępowaną niedołęstwem ciała, gdy duch ze swej strony żądał dla siebie swobody do obcowania z Bogiem, poczułam taki smutek z tej rozterki wewnętrznej, że zaczęłam gorzko płakać i nie mogłam się pocieszyć. Nie był to tylko ten jeden raz. Często – jak mówiłam – tego doświadczam i prawdziwy wówczas czuję do samej siebie wstręt i obrzydzenie. Zwyczajnie jednak, wiem dobrze o tym, wcale się sobą nie brzydzę ani nie zaniedbuję koniecznych około siebie starań, ale dałby Bóg, bym w tym względzie nie uczyniła nic więcej, niż tego wymaga potrzeba. Tego więc wieczoru, o którym zaczęłam mówić, gdy byłam w tej męce, ukazał mi się Pan i słodko mnie pocieszał, mówiąc, bym robiła te około siebie starania i cierpienia te znosiła dla Jego miłości, gdyż moje życie jest jeszcze potrzebne. Mogę, zdaje mi się powiedzieć, że od chwili jak powzięłam mocne postanowienie służenia ze wszystkich swoich sił temu Panu i Pocieszycielowi, nigdy już nie doznałam prawdziwego udręczenia. Bo choć niekiedy pozostawia mnie na chwilę w cierpieniu, tak mnie przecież potem pociesza, że istotnie żadnej z tego nie mam zasługi, że pragnę cierpienia. Teraz prawdziwie mam to uczucie, że warto żyć tylko po to, aby cierpieć i o to też Boga proszę całą swoją wolą. Z głębi duszy wołam nieraz do Niego: Panie, albo umrzeć, albo cierpieć. O nic innego nie proszę dla siebie. Gdy słyszę zegar wybijający godzinę, dusza się we mnie raduje na myśl, że choć o tyle mi bliżej do oglądania Boga, że choć o tyle mniej pozostaje mi życia.

21. Prawda, że przychodzą potem znowu inne chwile, kiedy nie czuję ani ciężaru życia, ani pożytku śmierci, a opanowuje mnie ogólna jakaś obojętność i ciemność wewnętrzna. Może to wskutek wielkich, jak mówiłam, cierpień, których często doświadczam. Podobało się Panu, aby łaski, które Boski Majestat Jego mi czyni, stały się powszechnie wiadome. Było to, gdy mi na kilka lat przedtem to postanowienie oznajmił, wielkim dla mnie zmartwieniem. Wie dobrze wasza miłość, jak wiele z tego powodu aż do tego czasu wycierpiałam, bo każdy bierze i tłumaczy sobie te rzeczy według swojego sposobu widzenia. Jednak pocieszam się tym, że nie stało się to z mojej winy. Jak największą bowiem zawsze w tym względzie zachowywałam roztropność i powściągliwość i nigdy nikomu o tych łaskach nie mówiłam, z wyjątkiem jedynie swoich spowiedników i tych, którzy już o nich od nich wiedzieli. Nie było to, jak już wyżej mówiłam, przez pokorę, ale tylko dlatego, że nawet spowiednikom zwierzać się z tych rzeczy było mi bardzo przykro. Teraz już, dzięki Bogu (choć wielu na mnie w najlepszej wierze szemrze, choć boją się ze mną rozmawiać albo nawet mnie spowiadać, choć inni jeszcze strofują mnie i różne mi robią uwagi), gdy wiem i jasno widzę, że podobało się Panu użyć tego sposobu do uświęcenia wielu dusz (pamiętając o gorzkiej męce, którą On za każdą z nich wycierpiał), mało o to wszystko się troszczę. Może też ten mój spokój i obojętność na sądy świata pochodzi z mojego odosobnienia od świata w tym tu maluczkim i tak ściśle zagrodzonym schronieniu, w którym Pan mnie ukrył, a w którym będąc już jakby umarłą, spodziewałam się, że pamięć o mnie zaginie. Niezupełnie jednak stało się tak, jak się spodziewałam, bo i tu jeszcze zmuszona jestem widywać się z różnymi. Jednak nie będąc już na widoku, czuję się tu jakby w spokojnym porcie, do którego Bóg w dobroci swojej mnie przyprowadził, i ufam w Jego miłosierdziu, że zawsze będę tu bezpieczna.

22. W takim żyjąc oddaleniu od świata, wśród małej trzódki świętych swoich towarzyszek, patrzę na rzeczy jakby z wysokości i mało się troszczę o to, co ludzie o mnie mówią lub wiedzą. Jedna najmniejsza korzyść duszy więcej mnie obchodzi, niż wszystkie o mnie zdania i sądy świata. Ten pożytek dusz jest z łaski Pana jedynym, odkąd tu jestem, celem wszystkich moich pożądań i pragnień. Życie moje zewnętrzne zmieniło się jakby w sen. Cokolwiek widzę z tych rzeczy zewnętrznych, wszystko to wydaje mi się, jakby mi się śniło, żadnej mi to nie sprawia przyjemności, ani przykrości. Jeśli kiedy jeszcze doznaję podobnych wrażeń, przechodzą one tak szybko, że sama sobie się dziwię i pozostaje mi tylko po nich wspomnienie, jakby po rzeczy przez sen doznanej. Szczerze mówię, chociaż nieraz chciałabym cieszyć się doznaną jakąś przyjemnością, albo smucić się z przykrości, zdobyć się na to nie mogę. Tak samo zupełnie jak człowiek rozsądny nie może się naprawdę cieszyć albo smucić rzeczą przyjemną czy przykrą, która mu się przyśniła. Pan swoją łaską tak oderwał moją duszę od tych rzeczy, które dawniej, gdy nie byłam umartwiona ani umarła dla pożądliwości tego świata, tak mocno mnie poruszały. Niech też w boskiej swojej łaskawości sprawi to, bym nie wpadła już na nowo w dawne swoje zaślepienie.

23. Takie jest obecnie moje życie, Panie i Ojcze mój. Proś za mną Boga, aby mnie albo zabrał do siebie, albo mi dał sposób służenia Jemu. Oby z boskiej dobroci Jego to moje pisanie przyniosło waszej miłości pożytek! Mało miałam do niego swobody i czasu, i dużo mnie ono kosztowało trudu. Ale szczęśliwy dla mnie byłby ten trud, jeśli zdołałam powiedzieć cokolwiek, co by w czytającym wywołało choć jeden akt uwielbienia Pana. To jedno uznawałabym sobie za obfitą zapłatę, choćby wasza miłość zaraz potem całą tę moją pracę wrzucił do pieca.

24. Chciałabym jednak, byś tego nie uczynił, póki jej nie przejrzą wiadome waszej miłości trzy osoby, które były i są jeszcze moimi spowiednikami. Jeśli napisałam źle, dobrze będzie, że stracą korzystne, jakie o mnie mają, mniemanie. Jeśli dobrze, więc jako mężowie cnotliwi i uczeni, poznają źródło tego dobrego i będą chwalili Tego, który mówił przeze mnie. Niech Jego boska moc wspiera zawsze waszą miłość swoją ręką i uczyni cię tak wielkim świętym, żebyś duchem i swoim światłem oświecił to nędzne, niepokorne a zuchwałe stworzenie, które ośmieliło porwać się na pisanie o takich wysokich rzeczach. Daj, Boże, bym pisząc to, nie popełniła błędu. Intencję przynajmniej miałam szczerą. Chciałam napisać dobrze i być posłuszna. Chciałam, by Pan ze mnie choć w czymkolwiek miał chwałę. Jest to łaska, o którą od wielu lat Go błagam. A nie mając żadnych dobrych uczynków, którymi bym Go mogła chwalić – ośmieliłam się ułożyć na chwałę Jego ten opis skromnego swego życia, nie poświęcając jednak na niego więcej starania i czasu, niż go było potrzeba do samego tylko napisania i opowiadając wewnętrzne swoje przejścia z wszelką, do jakiej byłam zdolna, szczerością i prawdą.

25. Niechaj Pan, jak jest wszechmogący i może, co chce, raczy chcieć i użyczyć mi tej łaski, bym umiała we wszystkim czynić Jego wolę. Niech nie dopuszcza tego, by miała zginąć ta dusza, którą On tyle razy i tylu drogami i sposobami boskiej swojej miłości wyrwał z piekła i do Siebie pociągnął. Amen.

 

Rozdział XL



O innych jeszcze nadzwyczajnych łaskach, które Pan jej uczynił. Może z nich być zbawienna nauka dla innych, gdyż w całym tym pisaniu, jak już mówiła wyżej, ten był po posłuszeństwie główny jej zamiar, wspominać tylko o takich łaskach, o których wiadomość może przynieść duszom pożytek. – Na tym rozdziale kończy się historia jej życia, jej ręką napisana, co niechaj będzie na chwałę Panu, amen.

1. Pewnego dnia, doznając na modlitwie nadzwyczajnej pociechy i słodyczy, i znając siebie, że jestem niegodną tak wielkiej łaski, zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak słusznie należałoby mi się miejsce w piekle, które było mi ukazane, i którego okropność, jak wówczas widziałam siebie w nim pogrążoną, nigdy odtąd, jak mówiłam, nie wychodzi mi z pamięci. Rozważanie to większy jeszcze wznieciło zapał w mojej duszy. Przyszło na mnie zachwycenie, jakiego opisać nie zdołam. Duch mój, zdawało mi się, cały był pogrążony w Bogu i na wskroś przeniknięty tym majestatem, który już przedtem nieraz oglądałam. W tym majestacie dane mi było zrozumienie prawdy, która jest dopełnieniem wszystkich prawd. Jak się to stało, tego określić nie mogę, bo nic nie widziałam. Usłyszałam te słowa, nie widząc tego, kto je mówił, ale wyraźnie czując, że mówi je sama Prawda: Wielka to rzecz, którą dziś tobie czynię, i jest to jedna z największych łask, jakie Mi zawdzięczasz. Bo wszystkie szkody i nieszczęścia, jakie przychodzą na świat, powstają stąd, że ludzie nie znają jasno i nieobłudnie prawd Pisma świętego, a przecież nie ma w nim ani jednej joty, która by się nie spełniła. Mnie się zdawało, że zawsze tak w Pismo wierzyłam, i że wszyscy wierzący czynią podobnie. A Pan powiedział mi: O córko, jak mało jest takich, którzy by Mnie kochali w prawdzie! Gdyby Mnie kochali, nie ukrywałbym przed nimi swoich tajemnic. Czy wiesz, co to znaczy kochać mnie w prawdzie? Znaczy to: rozumieć, że wszystko, cokolwiek Mnie się nie podoba, jest kłamstwem. Prawdy tej jeszcze nie rozumiesz, ale zrozumiesz, gdy ujrzysz, jaką z niej twoja dusza korzyść odniesie.

2. Tak też i zrozumiałam, za co niech będą dzięki Panu, bo od czasu tego zachwycenia wszystko, co nie zmierza do służby Bożej, taką mi się ukazuje marnością i kłamstwem, że słów mi nie starcza na wyrażenie tego tak, jak czuję ani jak głębokie mam politowanie dla tych, których widzę błąkających się w ciemności dlatego, że tej prawdy nie znają. Inne jeszcze z tego poznania osiągnęłam korzyści, z których tu wymienię niektóre, bo wszystkich nie sposób. W ciągu tego zachwycenia Pan powiedział do mnie jedno słowo, pełne szczególnej czułości i niewypowiedzianej łaskawości. Jak się to stało, nie wiem, bo nic nie widziałam, ale słowo te taką we mnie sprawiło odmianę, jakiej nie potrafię wyrazić. Poczułam w sobie stanowczo niezachwianą gotowość i nieustraszone męstwo do spełnienia ze wszystkich swoich sił wszystkiego aż do rzeczy najmniejszych, cokolwiek Pismo nam do spełnienia podaje. Czułam, że nie ma na całym świecie takiej rzeczy, która by zdołała mnie powstrzymać w tym moim postanowieniu.

3. Pozostało wyryte we mnie prawdziwe poznanie tej Prawdy, która mi się przedstawiła w taki sposób nieopisany. Przeniknęło mnie ono nową czcią dla Boga, objawiając mi łaskawość i Jego potęgę w świetle tak żywym, że go określić nie sposób. Czuje się tylko i widzi umysłem, że jest tu coś ogromnego. Wyniosłam jeszcze z tego objawienia gorące pragnienie, by nie mówić już o niczym, tylko o rzeczach do tej Prawdy się odnoszących, wyższych nad te, o których zwykło się rozmawiać na świecie. Stąd też, życie na świecie stało się dla mnie od tego czasu jeszcze większą przykrością. Nadto jeszcze wielka tkliwość w stosunku do Boga, słodycz wewnętrzna i pokora pozostały we mnie jako owoc tego widzenia. Słowem, wielkie rzeczy mi Pan w nim uczynił. A choć sposobu, w jaki się to stało, nie rozumiałam, żadna przecież nie powstała we mnie obawa, by to czego doznałam było złudzeniem. Niczego nie widziałam, ale jasno poznałam i zrozumiałam, jakie to wielkie szczęście za nic mieć wszystko, cokolwiek nie prowadzi do Boga. Zrozumiałam, co to znaczy chodzić w Prawdzie, w obliczu samej Prawdy. A tą Prawdą, zrozumiałam i to, bo On mi to oznajmił, jest sam Pan.

4. Wszystkie te objawienia, o których tu mówię, były mi dane bądź w słowach, które słyszałam mówione do mnie, bądź bez słów, a przecież w taki sposób, że jaśniej je zrozumiałam, niż gdyby mi je opowiadano słowami. Poznałam o tej Prawdzie prawdy wspaniałe, lepiej niżby wielu uczonych razem zdołało mnie nauczyć. Żaden uczony, tak sądzę, nie potrafiłby żadną miarą tak głęboko wyryć w mojej duszy tych prawd ani dać mi tak jasnego poznania marności tego świata. Ta Prawda, która tam, jak mówię, objawiła mi się, jest sama w sobie Prawdą, jest bez początku i końca i wszelka inna prawda od tej Prawdy zależna, podobnie jak wszelka inna miłość zależna od tej Miłości i wszelka inna wielkość od tej Wielkości – tylko że to, co tu mówię, ciemne jest wobec tej jasności, z jaką Pan dał mi te rzeczy zrozumieć. O jakże wspaniale objawia się potęga tego Majestatu, gdy w jednej chwili takimi skarbami ubogaca duszę i takie tajemnice pozostawia w niej wyryte! O Łaskawości moja, o Majestacie mój! Co czynisz, Panie mój wszechmogący? Zobacz, kim jest ta, której dajesz takie królewskie łaski. Nie pamiętasz o tym, że ta dusza była przepaścią kłamstwa i morzem próżności, i wszystko to z własnej swojej winy. Bo z Twojej łaski miałam wrodzony wstręt do kłamstwa, a ja mimo to w tylu zdarzeniach mówiłam i czyniłam kłamstwo. Jakże to znieść możesz, o Boże, i jak się to godzi z Twoją sprawiedliwością, byś taką miłość okazywał i takie łaski czynił mnie, która tak źle na nie zasłużyła?

5. Jednego dnia, gdy razem z innymi odmawiałam w chórze godziny kanoniczne, nagle przyszło na mnie zebranie wewnętrzne i ujrzałam swoją duszę na podobieństwo lśniącego zwierciadła, bez odwrotnej strony, bez boków, bez wierzchu i spodu, tylko na wszystkie strony jaśniejącego, a w pośrodku ukazał mi się Pan nasz Jezus Chrystus w takiej postaci, w jakiej Go zwykle widuję. Widziałam Go, zdawało mi się, jasno jak w zwierciadle odbijającego się na wszystkich częściach mojej duszy, a zwierciadło to nawzajem – nie wiem jakim sposobem – wyrażało się całe na Panu niewypowiedzianym, ale miłości pełnym, wzajemnym udzielaniem się. Widzenie to, zapewniam, wielką mi korzyść przyniosło i dotąd przynosi, ile razy na nie wspomnę, zwłaszcza odchodząc od Komunii świętej. Dane mi było poznać, jak to zwierciadło, gdy dusza jest w grzechu śmiertelnym, pokrywa się gęstą mgłą i całe czernieje, dlatego już Pan nie może w nim się odbijać ani być widzianym, chociaż zawsze jest obecny, jako dający byt i życie. Odstępstwo od wiary jest zaś jakby stłuczeniem tego zwierciadła, co jest o wiele większym nieszczęściem, niż gdyby było tylko zaćmione. Wielka jest różnica między widzeniem tego a opowiedzeniem, bo bardzo trudno taką rzecz objaśnić. Mnie, powtarzam, widzenie to wielką przyniosło korzyść, ale też wielki we mnie wzbudziło żal, że tyle razy obrażając Pana, duszę swoją zaćmiłam i Jego widoku siebie pozbawiłam.

6. Widzenie to, zdaniem moim, wielki może przynieść pożytek każdemu żyjącemu w skupieniu ducha, gdyż z niego nauczy się rozważać Pana w najgłębszym ukryciu swojej duszy. A takie zapatrywanie się – jak to w innym miejscu objaśniłam – przyjemniejsze jest i o wiele pożyteczniejsze, niż gdy patrzymy zewnętrznie. Sposób ten zalecają także niektóre księgi duchowe, mówiące o tym, jak mamy szukać Boga. Tak mianowicie wielki św. Augustyn opowiada nam o samym sobie, jak szukając Boga na rynkach, w rozkoszach i wszędzie, nigdzie Go tak nie znalazł, jak we własnej swojej duszy. I rzecz jasna, że ten jest sposób najlepszy. Nie potrzeba tu wznosić się aż do nieba ani szukać gdzieś daleko, co i umysł męczy zbytnim natężeniem, i duszy sprawia roztargnienie, a owoc zawsze nie taki. Wystarczy wejść w siebie, a znajdziemy Boga.

7. Dodam tu jeszcze jedną uwagę, która może się komu przydać. Zdarza się niekiedy w czasie wielkich zachwyceń, że gdy przeminie pierwsza chwila złączenia duszy z Bogiem, które pochłania w sobie i trzyma w zawieszeniu wszystkie władze – co jak mówiłam, trwa krótko – dusza i potem jeszcze pozostaje w głębokim skupieniu i zewnętrznie nawet nie może przyjść do siebie, a dwie władze, pamięć i rozum, błąkają się nieprzytomnie jakby w gorączce. Zdarza się to zwłaszcza w początkach. Pochodzi to, jak sądzę, z naturalnej naszej słabości, nie mogącej znieść tak silnego naporu ducha, skutkiem czego wyobraźnia słabnie i jakby się rozluźnia. Wiem, że niejedna dusza tego doświadcza. Radziłabym w takim razie zmusić się do zaniechania na ten czas modlitwy i w innym czasie wynagrodzić sobie tę stratę, byle nie zaraz, bo mogłaby z tego wyniknąć ciężka szkoda dla zdrowia, jak o tym nas zapewnia doświadczenie. Roztropność zatem każe tu uważać na zdrowie i swoje siły, byśmy nie brali na siebie więcej, niż unieść zdołamy.

8. Więcej jeszcze trzeba w tych rzeczach doświadczenia i światłego przewodnika. Bo gdy dusza dojdzie do tego stanu, wiele tu napotka trudności i wątpliwości, w których rada i pomoc mistrza duchownego nieodzownie jej są potrzebne. Gdyby jednak szukając takiego przewodnika, znaleźć go nie mogła, Pan jej nie opuści, kiedy nawet mnie, takiej nędznej, w podobnej potrzebie nie opuścił. Mało jest, zdaje mi się duchownych, którzy by z własnego doświadczenia znali te wysokie rzeczy. A który nie ma tego doświadczenia, ten zamiast pomocy i kierunku tylko niepokój i udręczenie duszy przyniesie. Pan jednak nie zaniedba sposobności, aby taką próbę zaliczyć jej za zasługę. Zawsze więc lepiej o tych rzeczach rozmawiać z przewodnikiem, jak o tym już na innym miejscu mówiłam. Zdaje mi się, że wszystko, co tu mówię, już wyżej gdzieś powiedziałam, ale dobrze nie pamiętam, a że są to rzeczy bardzo ważne, więc wolę je powtórzyć. Szczególnie też nam, niewiastom, koniecznie potrzeba w tych rzeczach poddawać się kierownictwu spowiednika, oby tylko był takim, jakim być powinien. Rzecz pewna, że między tymi, którym Pan takich łask użycza, więcej jest niewiast niż mężczyzn. Słyszałam to z ust św. Piotra z Alkantary i sama się o tym naocznie przekonałam. Święty ten sługa Boży zapewniał mnie, że niewiasty większe czynią na tej drodze postępy od mężczyzn i tłumaczył to bardzo przekonywującymi racjami, których tu powtarzać nie mam potrzeby, ale wszystkie przemawiały za nami.

9. Raz będąc na modlitwie, otrzymałam w jednej chwili objawienie, w jaki sposób wszystkie rzeczy widzialne są w Bogu i wszystkie się w Bogu zawierają. Nie widziałam żadnych ściśle określonych kształtów, a przecież widzenie całości było nad wszelki wyraz jasne. Daremnie kusiłabym się to opisywać, ale obraz tego, co widziałam, pozostał głęboko wyryty w mojej duszy. Jest to jedna z największych łask, jakie Pan mi uczynił i jedna z tych, które mnie najwięcej pobudzają do upokorzenia i zawstydzenia się na wspomnienie moich grzechów. Gdyby Pan przedtem ukazać mi to widzenie, nie popełniłabym ich nigdy. Gdyby ci, którzy Go obrażają, mogli je ujrzeć, pewna jestem, że nie mieliby już serca ani śmiałości wyrządzenia Mu tej zniewagi. Rzecz przedstawiała mi się wyraźnie, choć nie mogę powiedzieć, bym cokolwiek widziała oczyma. Coś jednak musiało w tym być widzialnego, skoro mogę, jak to zaraz uczynię, objaśnić rzecz za pomocą porównania, tylko że widzenie to dzieje się w sposób tak subtelny i nieuchwytny, że umysł go dosięgnąć nie zdoła. A może ja sama poznać się nie umiem na takich widzeniach, które na pozór żadnego wyobrażenia nie przedstawiają, a jednak w niektórych musi być coś działającego na wyobraźnię. Albo wreszcie, że władze będąc w czasie widzenia w zachwyceniu nie zdołają potem odtworzyć sobie w wyobraźni kształtu, w jakim Pan im te rzeczy przedstawia, i chce, aby widzeniem ich się cieszyły.

10. Przedstawmy więc sobie Bóstwo jakby diament, nad wszelki wyraz jasny i przejrzysty, a niezrównanie większy niż cały świat, albo jakby zwierciadło duszy, o którym mówiłam w poprzednim widzeniu. Tylko i jedno, i drugie w sposób tak nieskończenie przewyższający, że słów mi brak na wyrażenie tego. Wszystkie nasze uczynki widzialne są w tym diamencie, wszystkie w nim się zawierają, bo nie ma nic, co by istniało poza tą niezmierzoną wielkością, która wszystko w sobie zamyka. Zdumienie moje nie miało granic, że w takim krótkim czasie widziałam zebranych tyle rzeczy naraz w tym jasnym diamencie, a jeszcze większy żal mnie przenika, ile razy wspomnę, że widziałam tam, na tej przejrzystej jasności, takie plamy, jakimi są moje grzechy. Prawdę mówię, że ile razy wspomnę na ten okropny widok, nie wiem, jak go wytrzymać mogę. Wówczas także, gdy go pierwszy raz ujrzałam, ledwo nie umarłam od wstydu i chciałabym schować się pod ziemię. O, kto by mógł to, co ja widziałam, ukazać na oczy tym nieszczęśliwym, którzy dopuszczają się tylu sprośnych i haniebnych grzechów, aby pamiętali, że nie są ukryte przed Bogiem brzydkie ich sprawy, że sprawiedliwie Bóg ma siebie za obrażonego, gdy tak je popełniamy w samych oczach nieskończonego Majestatu Jego i taką zniewagę czynimy w Jego obecności. Zrozumiałam wówczas, jak słusznie należy się piekło za jeden grzech śmiertelny, bo jest to zniewaga, przechodząca wszelkie pojęcie. W obliczu tak wielkiego Majestatu czynić rzecz tak wstrętnie przeciwną boskiej naturze i Jego świętości. Ale w tym okazuje się także Jego nieskończone miłosierdzie, że choć grzeszymy świadomie, znając te prawdy, On przecież nas znosi.

11. Myślę sobie nieraz: jeśli jedno chwilowe widzenie tych rzeczy tak przeraża duszę, cóż będzie w dzień sądu, gdy ten Majestat jawnie nam się ukaże i ujrzy każdy odkryte swoje grzechy? O Boże wielki, jakie to było moje zaślepienie! Po wiele razy w ciągu tego pisania ogarniał mnie strach i trwoga. Wasza miłość na pewno się temu nie dziwisz. To jedno chyba zadziwić Cię może, jakim sposobem – widząc te prawdy i patrząc na siebie, jaką jestem – jeszcze żyję. O Panie, bądź błogosławiony na wieki, iż tak długo mnie znosisz!

12. Jednego dnia, gdy byłam głęboko skupiona na rozmyślaniu, z wielką w duszy słodyczą i spokojem, poczułam się nagle otoczona aniołami i bardzo blisko Boga. Zaczęłam więc modlić się gorąco za Kościół, a Pan w boskiej swojej łaskawości ukazał mi wielkie zasługi, jakie pewien Zakon w późniejszych czasach odda Kościołowi i z jakim męstwem jego członkowie będą się poświęcali w obronie wiary.

13. Innego razu, gdy modliłam się przed Najświętszym Sakramentem, ukazał mi się jeden święty, którego Zakon nieco podupadł. Otworzył przede mną wielką księgę, którą trzymał w ręku i kazał mi czytać zapisane w niej dużymi, bardzo wyraźnymi głoskami, te słowa: Przyjdzie czas, że ten Zakon zakwitnie i wielu wyda męczenników.

14. Raz znowu w chórze w czasie Jutrzni zjawiło się i stanęło przede mną sześciu czy siedmiu braci tego Zakonu z orężem w ręku. Oznaczało to, jak sądzę, że mają walczyć w obronie wiary, bo w zachwyceniu, jakie w innym czasie miałam na rozmyślaniu, ujrzałam się w duchu przeniesioną pośród wielkiego pola, na którym potykały się ze sobą liczne zastępy. Między nimi ci bracia tego Zakonu walczyli także z wielkim zapałem. Piękne ich oblicza płonęły ogniem waleczności. Wielu nieprzyjaciół leżało pod ich nogami, powalonych lub zabitych. Była to, jak zrozumiałam, walka z herezjami.

15. Nieraz jeszcze ukazał mi się ten chwalebny Święty, powiedział mi niektóre rzeczy zakryte i dziękując mi, że modlę się za jego Zakon, obiecał mi, że będzie mnie polecał Panu. Nie wymieniam, o jakich Zakonach tu mówię, aby się inne nie obraziły. Pan sam, jeśli zechce, aby o nich wiedziano, potrafi je ujawnić. Ale każdy Zakon, jak sądzę, i każdy zakonnik powinien o to jedno się starać i ubiegać, by za pomocą łaski Bożej dostąpił szczęścia służenia Kościołowi i bronienia go w jego ciężkich potrzebach. Szczęśliwy, komu dano za taką sprawę swoje życie oddać!

16. Pewien dostojnik kościelny prosił mnie o modlitwę, aby Bóg objawić mu swoją wolę, czy ma przyjąć ofiarowane sobie biskupstwo. Pan dał mi po Komunii taką dla niego odpowiedź: Gdy jasno zrozumie i szczerze uzna, że prawdziwe panowanie polega na nieposiadaniu niczego, wówczas będzie mógł przyjąć. Przez to dał mi do zrozumienia, że którzy mają być wyniesieni na dostojeństwa i przełożeństwa, dalecy powinni być od ich pożądania albo przynajmniej od starania się o nie.

17. Takie są łaski i wiele innych jeszcze, które Pan uczynił i dotąd ustawicznie czyni takiej jak ja grzesznicy. Więcej jeszcze o nich mówić byłoby, zdaje mi się rzeczą zbyteczną, bo już z tego, co powiedziałam, łatwo można poznać, jaki jest stan mojej duszy i w jakim duchu i kierunku Pan mnie prowadzi. Niech będzie błogosławiony na wieki, że takie ma o mnie staranie.

18. Jednego razu pocieszając mnie w moim zmartwieniu, Pan powiedział do mnie z wyrazem najczulszej miłości, bym się nie smuciła, bo w tym życiu dusza nie może być zawsze w jednym stanie. Jednego dnia będzie pałała gorliwością, drugiego będzie się czuła oschła. Dziś będzie się cieszyła pokojem wewnętrznym i pogodą ducha, jutro przyjdą na nią trwogi i pokusy. Trzeba jednak ufać Jemu i nie bać się niczego.

19. Raz zastanawiałam się nad sobą, czy nie ma w tym jakiegoś grzesznego przywiązania, że chętnie przebywam z tymi, którzy kierują moją duszą i z innymi cnotliwymi sługami Bożymi, że ich kocham, że w rozmowie z nimi znajduję dla siebie pociechę. A Pan powiedział mi, że gdyby chory, zagrożony już śmiercią, odzyskawszy zdrowie dzięki staraniom troskliwego lekarza, nie chciał potem okazywać wdzięczności i przywiązania temu swemu wybawicielowi od śmierci, na pewno takiego jego postępku nie nazwałabym cnotliwym. Cóż ja bym zrobiła bez pomocy tych pobożnych przyjaciół? Rozmowa z dobrymi szkody nie czyni, byleby tylko moje słowa były rozważne i święte. Nie powinnam więc przestawać przebywać z nimi. Nic mi to bowiem nie zaszkodzi, owszem, raczej przyniesie pożytek. Bardzo mnie te słowa pocieszyły, bo nieraz, bojąc się zbytniego przywiązania się, już myślałam o zupełnym zerwaniu tych kontaktów. Tak to ciągle i we wszystkim wspierał mnie swoją radą ten dobry Pan, ucząc mnie nawet, jak mam postępować ze słabymi albo jak się zachowywać z tym lub tamtym.

20. Nigdy mnie w żadnym zdarzeniu nie wypuszczał ze swej pieczy. Często martwię się tym, że tak jestem niedołężna w Jego służbie i że na pielęgnowanie takiego schorzałego i nędznego ciała, jakim jest moje, z konieczności muszę więcej poświęcić czasu, niżbym chciała. Jednego wieczoru byłam na modlitwie, aż przyszła pora udać się na spoczynek, a mnie napadły wielkie boleści i poczułam zbierające się we mnie zwykłe moje nudności. Widząc siebie tak skrępowaną niedołęstwem ciała, gdy duch ze swej strony żądał dla siebie swobody do obcowania z Bogiem, poczułam taki smutek z tej rozterki wewnętrznej, że zaczęłam gorzko płakać i nie mogłam się pocieszyć. Nie był to tylko ten jeden raz. Często – jak mówiłam – tego doświadczam i prawdziwy wówczas czuję do samej siebie wstręt i obrzydzenie. Zwyczajnie jednak, wiem dobrze o tym, wcale się sobą nie brzydzę ani nie zaniedbuję koniecznych około siebie starań, ale dałby Bóg, bym w tym względzie nie uczyniła nic więcej, niż tego wymaga potrzeba. Tego więc wieczoru, o którym zaczęłam mówić, gdy byłam w tej męce, ukazał mi się Pan i słodko mnie pocieszał, mówiąc, bym robiła te około siebie starania i cierpienia te znosiła dla Jego miłości, gdyż moje życie jest jeszcze potrzebne. Mogę, zdaje mi się powiedzieć, że od chwili jak powzięłam mocne postanowienie służenia ze wszystkich swoich sił temu Panu i Pocieszycielowi, nigdy już nie doznałam prawdziwego udręczenia. Bo choć niekiedy pozostawia mnie na chwilę w cierpieniu, tak mnie przecież potem pociesza, że istotnie żadnej z tego nie mam zasługi, że pragnę cierpienia. Teraz prawdziwie mam to uczucie, że warto żyć tylko po to, aby cierpieć i o to też Boga proszę całą swoją wolą. Z głębi duszy wołam nieraz do Niego: Panie, albo umrzeć, albo cierpieć. O nic innego nie proszę dla siebie. Gdy słyszę zegar wybijający godzinę, dusza się we mnie raduje na myśl, że choć o tyle mi bliżej do oglądania Boga, że choć o tyle mniej pozostaje mi życia.

21. Prawda, że przychodzą potem znowu inne chwile, kiedy nie czuję ani ciężaru życia, ani pożytku śmierci, a opanowuje mnie ogólna jakaś obojętność i ciemność wewnętrzna. Może to wskutek wielkich, jak mówiłam, cierpień, których często doświadczam. Podobało się Panu, aby łaski, które Boski Majestat Jego mi czyni, stały się powszechnie wiadome. Było to, gdy mi na kilka lat przedtem to postanowienie oznajmił, wielkim dla mnie zmartwieniem. Wie dobrze wasza miłość, jak wiele z tego powodu aż do tego czasu wycierpiałam, bo każdy bierze i tłumaczy sobie te rzeczy według swojego sposobu widzenia. Jednak pocieszam się tym, że nie stało się to z mojej winy. Jak największą bowiem zawsze w tym względzie zachowywałam roztropność i powściągliwość i nigdy nikomu o tych łaskach nie mówiłam, z wyjątkiem jedynie swoich spowiedników i tych, którzy już o nich od nich wiedzieli. Nie było to, jak już wyżej mówiłam, przez pokorę, ale tylko dlatego, że nawet spowiednikom zwierzać się z tych rzeczy było mi bardzo przykro. Teraz już, dzięki Bogu (choć wielu na mnie w najlepszej wierze szemrze, choć boją się ze mną rozmawiać albo nawet mnie spowiadać, choć inni jeszcze strofują mnie i różne mi robią uwagi), gdy wiem i jasno widzę, że podobało się Panu użyć tego sposobu do uświęcenia wielu dusz (pamiętając o gorzkiej męce, którą On za każdą z nich wycierpiał), mało o to wszystko się troszczę. Może też ten mój spokój i obojętność na sądy świata pochodzi z mojego odosobnienia od świata w tym tu maluczkim i tak ściśle zagrodzonym schronieniu, w którym Pan mnie ukrył, a w którym będąc już jakby umarłą, spodziewałam się, że pamięć o mnie zaginie. Niezupełnie jednak stało się tak, jak się spodziewałam, bo i tu jeszcze zmuszona jestem widywać się z różnymi. Jednak nie będąc już na widoku, czuję się tu jakby w spokojnym porcie, do którego Bóg w dobroci swojej mnie przyprowadził, i ufam w Jego miłosierdziu, że zawsze będę tu bezpieczna.

22. W takim żyjąc oddaleniu od świata, wśród małej trzódki świętych swoich towarzyszek, patrzę na rzeczy jakby z wysokości i mało się troszczę o to, co ludzie o mnie mówią lub wiedzą. Jedna najmniejsza korzyść duszy więcej mnie obchodzi, niż wszystkie o mnie zdania i sądy świata. Ten pożytek dusz jest z łaski Pana jedynym, odkąd tu jestem, celem wszystkich moich pożądań i pragnień. Życie moje zewnętrzne zmieniło się jakby w sen. Cokolwiek widzę z tych rzeczy zewnętrznych, wszystko to wydaje mi się, jakby mi się śniło, żadnej mi to nie sprawia przyjemności, ani przykrości. Jeśli kiedy jeszcze doznaję podobnych wrażeń, przechodzą one tak szybko, że sama sobie się dziwię i pozostaje mi tylko po nich wspomnienie, jakby po rzeczy przez sen doznanej. Szczerze mówię, chociaż nieraz chciałabym cieszyć się doznaną jakąś przyjemnością, albo smucić się z przykrości, zdobyć się na to nie mogę. Tak samo zupełnie jak człowiek rozsądny nie może się naprawdę cieszyć albo smucić rzeczą przyjemną czy przykrą, która mu się przyśniła. Pan swoją łaską tak oderwał moją duszę od tych rzeczy, które dawniej, gdy nie byłam umartwiona ani umarła dla pożądliwości tego świata, tak mocno mnie poruszały. Niech też w boskiej swojej łaskawości sprawi to, bym nie wpadła już na nowo w dawne swoje zaślepienie.

23. Takie jest obecnie moje życie, Panie i Ojcze mój. Proś za mną Boga, aby mnie albo zabrał do siebie, albo mi dał sposób służenia Jemu. Oby z boskiej dobroci Jego to moje pisanie przyniosło waszej miłości pożytek! Mało miałam do niego swobody i czasu, i dużo mnie ono kosztowało trudu. Ale szczęśliwy dla mnie byłby ten trud, jeśli zdołałam powiedzieć cokolwiek, co by w czytającym wywołało choć jeden akt uwielbienia Pana. To jedno uznawałabym sobie za obfitą zapłatę, choćby wasza miłość zaraz potem całą tę moją pracę wrzucił do pieca.

24. Chciałabym jednak, byś tego nie uczynił, póki jej nie przejrzą wiadome waszej miłości trzy osoby, które były i są jeszcze moimi spowiednikami. Jeśli napisałam źle, dobrze będzie, że stracą korzystne, jakie o mnie mają, mniemanie. Jeśli dobrze, więc jako mężowie cnotliwi i uczeni, poznają źródło tego dobrego i będą chwalili Tego, który mówił przeze mnie. Niech Jego boska moc wspiera zawsze waszą miłość swoją ręką i uczyni cię tak wielkim świętym, żebyś duchem i swoim światłem oświecił to nędzne, niepokorne a zuchwałe stworzenie, które ośmieliło porwać się na pisanie o takich wysokich rzeczach. Daj, Boże, bym pisząc to, nie popełniła błędu. Intencję przynajmniej miałam szczerą. Chciałam napisać dobrze i być posłuszna. Chciałam, by Pan ze mnie choć w czymkolwiek miał chwałę. Jest to łaska, o którą od wielu lat Go błagam. A nie mając żadnych dobrych uczynków, którymi bym Go mogła chwalić – ośmieliłam się ułożyć na chwałę Jego ten opis skromnego swego życia, nie poświęcając jednak na niego więcej starania i czasu, niż go było potrzeba do samego tylko napisania i opowiadając wewnętrzne swoje przejścia z wszelką, do jakiej byłam zdolna, szczerością i prawdą.

25. Niechaj Pan, jak jest wszechmogący i może, co chce, raczy chcieć i użyczyć mi tej łaski, bym umiała we wszystkim czynić Jego wolę. Niech nie dopuszcza tego, by miała zginąć ta dusza, którą On tyle razy i tylu drogami i sposobami boskiej swojej miłości wyrwał z piekła i do Siebie pociągnął. Amen.